Doktor spojrzał na chwilę gdzieś na bok i wziął głęboki wdech, po czym głośno wypuścił powietrze. -Przykro mi, ale.....- dokończył, kręcąc przecząco głową. -Pan sobie ze mnie żartuje...prawda?-powiedziałem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Obraz przede mną zaczął się zamazywać przez łzy, zbierające się w moich oczach. Nie wstydziłem się ich i po chwili ciurkiem ciekły po moich policzkach. Wciąż kręcąc głową, powoli wycofałem się i skierowałem do wyjścia z budynku. Biegłem przed siebie, nie zwracając uwagi na ludzi idących chodnikiem. Dotarłem do jakiegoś parku i usiadłem na ławce. Oparłem łokcie o swoje uda i schowałem twarz w dłonie. Płakałem. Świadomość, że nigdy nie zobaczę uśmiechu Dars, nigdy nie poczuję jej obecności sprawiała, że nie potrafiłem się uspokoić. Czułem ogromny ból, ból w sercu, który rozrywał je na miliony małych kawałeczków, które mogłaby poskładać w całość tylko najbliższa mi osoba. Tylko co, jak jej już tutaj nie ma? Co mam do cholery zrobić? Zacisnąłem mocniej pięści i ścisnąłem powieki. Chciałem, żeby to wszystko okazało się głupim koszmarem. Duża kropla spadła na mój nos, wybudzając mnie z zamyślenia. Spojrzałem na niebo, na którym nie była widoczna, ani jedna gwiazda. Zaczęło coraz mocniej padać, a moje łzy płynące po policzkach połączyły się z kroplami wody. Pogoda płakała razem ze mną. Głupio to brzmi, ale tak właśnie to odbierałem. Wstałem z ławki w zamiarze pochodzenia po mieście i oderwania się od rzeczywistości. Chciałem się upić i chociaż na chwilę zapomnieć. Poczułem wibrację w kieszeni, więc wyciągnąłem z niej telefon i spojrzałem na ekran. "Dars" widniał napis na ekranie. W momencie, gdy go przeczytałem moje serce przyśpieszyło tempa bicia, jakby chciało wyskoczyć mi z piersi. Przejechałem palcem po ekranie, odbierając połączenie. - H-halo?- zapytałem nie wiedząc czego się spodziewać. - Justin? Przyjedź do szpitala, nastąpiła pomyłka.- usłyszałem głos matki Darcy- Będę na ciebie czekać. Sala 222. -Ale jaka pomyłka? O co chodzi? -Dowiesz się na miejscu- powiedziała, po czym rozłączyła połączenie.
Wiem, krótki jak nigdy dotąd. Był to ciężki kawałek do napisania, ale jakoś dałam radę. Męczy mnie brak weny, co sprawia ogromny problem. Myślę, że teraz część 2 pójdzie mi znacznie szybciej, dlatego przepraszam za długość tej notki.
Wpadłam na pomysł napisania fan fiction o Harry Stylesie (?) , ale najpierw spróbuję napisać kilkanaście rozdziałów, dopiero później zacznę je dodawać. Co wy na to?
29 Marzec, około 20. Zimny podmuch wiatru wybudził mnie z głębokiego zamyślenia. Strach ponownie ogarnął mój umysł. Kolejny już raz w ciągu ostatniej godziny wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Darcy. *Abonent jest w tym momencie nieosiągalny* - usłyszałem głos automatycznej sekretarki, a w moim ciele zebrała się ogromna ilość gniewu. Wstałem z drewnianej ławki, na której siedziałem i kopnąłem leżący przede mną na chodniku kamień. Czekałem na Darcy już ponad pół godziny od ostatniego telefonu, a trasa z jej domu spacerkiem zajmuje zaledwie 20 minut. Cholernie się o nią martwiłem, a myśl, że nie mogę nic zrobić, sprawiała, że czułem się bezsilny. Chodziłem w kółko, co chwilę ciężko wzdychając. Mijający mnie ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, ale ja zupełnie nie zwracałem uwagi na ich pogardliwe spojrzenia. Rozglądnąłem się wokół siebie z nadzieją, że zza któregoś rogu wybiegnie uśmiechnięta postać Dars. Niestety tak się nie stało. Ponownie usiadłem na jednej z ławek w parku i wpatrywałem się przed siebie. Minęło może zaledwie 5 minut. Jej wciąż nie było. Zmartwiony zerwałem się z ławki i pobiegłem w kierunku domu Darcy, kierując się najbliższą drogą. Miałem w głowie czarne myśli, ale starałem się je zaraz odpędzać. Niestety na marne, bo zaraz i tak powracały. Przebiegłem dwie przecznice i zauważyłem ciągnący się korek na jednym pasie drogi. Biegnąc dalej, zauważyłem, że w pewnym miejscu stoją radiowóz policyjny i straż. Podbiegłem do centrum zamieszania, w którym zebrała się już spora grupa gapiów. Stanąłem na chwilę na palcach, żeby dostrzec więcej szczegółów. Nie wiem co, ale coś kazało mi podejść jeszcze bliżej, więc nie zastanawiając się wszedłem w tłum ludzi i przeciskając się, dostałem się do miejsca, które od miejsca owego zdarzenia oddzielała tylko taśma policyjna. Zgiąłem się na pół i przeszedłszy pod taśmą, złapałem przechodzącego obok mnie policjanta za łokieć. Ten zatrzymał się i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. -Czy to coś ważnego? Nie mam teraz czasu- powiedział szybko, poprawiając przy tym swój policyjny kapelusz. -Mógłby mi pan powiedzieć, co się tutaj stało?- zapytałem drżącym głosem. Moje serce biło tak szybko, że bałem się, że zaraz wyskoczy mi z piersi. -Wypadek samochodowy. Młoda dziewczyna wpadła pod samochód. Nic więcej nie mogę powiedzieć.- powiedział do mnie, a ja poczułem się jakbym miał zaraz zemdleć. Co jeśli tą dziewczyną jest Dars? Nie to niemożliwe. To na pewno nie ona. Będąc cały czas w niemałym szoku, wycofałem się i wszedłem w tłum ludzi gapiących się na rozbity samochód. -Przepraszam. Nie wie Pani, co się stało z tą dziewczyną?- zapytałem się starszej kobiety, przechylając głowę lekko do tyłu, aby wskazać kobiecie jaką dziewczynę mam na myśli. -Skarbie, wiem tyle, że zawieźli ją do tego szpitala niedaleko. Fifth Avenue. Dokładniejszego adresu nie znam.- odpowiedziała mi staruszka. Kobieta zauważywszy przerażenie, strach, szok na mojej twarzy ścisnęła lekko mój nadgarstek, próbując mnie jakoś pocieszyć. -A jak..... jak wyglądała ta dziewczyna?- ledwo co wydukałem z siebie łamiącym się głosem. -Nie widziałam jej, ale ludzie mówili, że szczuplutka blondynka- rzekła, a ja poczułem się jakby mój świat się zawalił. Niekontrolowana łza spłynęła po moim policzku. -Dziękuję- szepnąłem i próbowałem się uśmiechnąć, ale pewnie zamiast uśmiechu wyszedł mi krzywy grymas. Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do najbliższego postoju taksówek, gdyż szpital, o którym mówiła kobieta, znajdował się spory kawałek ode mnie. Nie patrząc, czy są inni ludzie czekający na taksówkę, złapałem pierwszą, która podjechała i wsiadłem do niej. -Szpital. Fifth Avenue.- powiedziałem do kierowcy, a ten zerkając tylko na mnie w lusterku kiwnął głową, że zrozumiał. Ruszyliśmy. Pchnąłem szklane drzwi, a do mojego nosa doszedł charakterystyczny zapach szpitala. Stanąłem i rozejrzałem się w celu znalezienia kogoś od kogo mógłbym dostać jakieś informacje. Kilkanaście metrów przede mną znajdowała się recepcja, przy której siedziała starsza kobieta z telefonem pomiędzy uchem, a ramieniem, zapisująca coś na kartce papieru leżącej przed nią. Szybkim krokiem podszedłem do niej i oparłem ręce o blat recepcji. -Mogłaby mi Pani powiedzieć, czy znajduje się w tym szpitalu Darcy, Darcy Cowell? -zapytałem na jednym wdechu. -Momencik- odpowiedziała mi, zasłaniając jedną ręką mikrofon w telefonie. Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem. Odszedłem kawałek od recepcji i zająłem jedno z wolnych krzeseł na poczekalni. Z nerwów, które całym mną szarpały, zacząłem bawić się palcami, wyginając je w różne strony. Minęło może około 15 minut minut, a kobieta z recepcji wciąż rozmawiała przez telefon, ale teraz nie wyglądała jakby rozmawiała służbowo, a prywatnie. Co chwilę chichrała się pod nosem, uśmiechała się jak mysz do sera. Poirytowany wstałem z krzesła i ponownie tego dnia, podszedłem do okienka recepcji. -Może mi Pani w końcu odpowiedzieć? - zapytałem, starając się nie zabrzmieć zbyt oschle. -Mówiłam, że momencik, czy nie ?! - krzyknęła do mnie zła. W tym momencie wszystko we mnie pękło i nie potrafiłem nad sobą panować. -Niech Pani odłoży w końcu ten jebany telefon i mi odpowie!- odpowiedziałem jej, mówiąc chyba zbyt trochę głośno, bo poczułem na sobie spojrzenia wszystkich znajdujących się na korytarzu. -Przepraszam, muszę kończyć. Zadzwonię później.- powiedziała do słuchawki kobieta, po czym ze złością odłożyła telefon. -Jest Pan kimś z rodziny? -Nie.- odpowiedziałem szybko. -W takim razie nie mogę udzielić Panu żadnych informacji- powiedziała kobieta, sztucznie się uśmiechając. Świetnie, dużo się dowiedziałem. -Ja...ja jestem jej chłopakiem. - powiedziałem bez namysłu, po czym spojrzałem na czubki swoich butów. -Przykro mi, i tak nie mogę udzielić żadnych informacji.- odpowiedziała kobieta, po czym wstała z krzesła i zabierając kilka kartek, poszła gdzieś w głąb korytarza. Ze złości kopnąłem z całej siły w ścianę. Nie było to zbyt dobrym pomysłem, bo po chili poczułem mocny ból w kostce. Zacisnąłem zęby i nie przejmując się bolącą nogą, walnąłem pięścią w ścianę tuż obok okienka recepcji. -Przepraszam, coś się stało? Może mógłbym jakoś pomóc? - usłyszałem za sobą męski głos, po czym zaraz się odwróciłem. Przede mną stał starszy, już lekko siwy w okularach mężczyzna. -Nie...., a właściwie tak. Szukam Darcy Cowell- powiedziałem z wielkim trudem, gdyż przez kotłujące się we mnie emocje, miałem wielką gulę w gardle. Lekarz stojący przede mną wziął głęboki wdech, po czym przejechał ręką po swoich włosach. -Jesteś kimś z rodziny?- spytał, unosząc swój wzrok na moją twarz. -Nie, ale jestem jej przyjacielem.- odpowiedziałem, biorąc głęboki wdech. Doktor spojrzał na chwilę gdzieś na bok i wziął głęboki wdech, po czym głośno wypuścił powietrze. -Przykro mi, ale..............
Jednak udało mi się coś napisać. Chciałabym dedykować ten rozdział anonimkowi, który napisał komentarz 16 kwietnia i sprawił mi wielką radość, bo szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam, że mam fanów :D ale naprawdę to bardzo miłe. Mam nadzieję, że będzie się pojawiać co raz więcej komentarzy, bo to naprawdę daje motywację, radość, a szczególnie zachęca do dalszego pisania :)
29 Marzec, godzina 15.05
Justin szybkim krokiem odszedł, a ja stałam przed domem i nie potrafiłam się ruszyć, ani nijak zareagować. Pytanie Justina nie zakłopotało mnie, ale sprawiło, że uświadomiłam sobie wiele rzeczy. Pełna myśli, po otworzeniu drzwi kluczem, weszłam do domu i rozebrawszy się ze skórzanej kurtki i trampek, ruszyłam do swojego pokoju. Nie witałam się z rodzicami, gdyż ich jak zwykle nie było. Szurając stopami o podłogę weszłam do mojego pokoju i rzuciwszy gdzieś na bok torbę, położyłam się na łóżku. Wpatrywałam się w biały sufit i myślałam o mnie, o Justinie. Nasza znajomość, przyjaźń mimo, że nie trwa najdłużej, rozwinęła się w znacznie głębsze uczucie, przynajmniej z mojej strony. Nie potrafiłabym powiedzieć, że Justin jest moim przyjacielem, gdyż był kimś znacznie mi bliższym. Strasznie mi na nim zależało, przede wszystkim chciałam jego szczęścia, bezpieczeństwa, chciałam być z nim blisko, czuć jego obecność. Czy mogę nazwać to uczucie miłością? Myślę, że tak. Od kilku tygodni kocham Justina, tylko nie potrafiłam się do tego przyznać przed samą sobą. Tylko co znaczyły słowa Justina 'Może powinniśmy być razem?'. Nie miałam pojęcia, co powinnam myśleć. Jego słowa sprawiły, że miałam nadzieję, że czuje do mnie coś więcej, tak jak ja do niego.
Nie chcąc dłużej już rozmyślać, wstałam z łóżka i przebrawszy się w luźne szare dresy, ruszyłam schodami do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki jogurt, który miał mi zastąpić obiad i udałam się do salonu, gdzie rozłożywszy się na kanapie, zaczęłam oglądać telewizję.
*perspektywa Justina*
29 Marzec, około godziny 19
Zaczynało się już robić ciemno, zimno, a ja wciąż chodziłem po wąskich ścieżkach parku. Co tam robiłem? Zbyt dużo myśli nie pozwoliło mi usiedzieć w domu, gdzie mama co chwilę wypytywała mnie czy wszystko jest ok. Myślałem nad tym, o co tak właściwie byłem zazdrosny. W końcu się przyznałem przed samym sobą. Byłem cholernie zazdrosny, gdy zobaczyłem Darcy, do której, wręcz kleił się ten nowy koleś, ale dzięki temu zdarzeniu uświadomiłem sobie, co czuję. Uświadomiłem sobie, że to ja powinienem siedzieć na miejscu tego chłopaka, powinienem rozśmieszać Darcy. Zrozumiałem, że uczucie, którym darzyłem Darcy nie mogłem nazywać tylko zauroczeniem powiązanym z przyjaźnią. Ja ją pokochałem. Stała się dla mnie kimś ważnym, bardzo ważnym. Chciałem jej szczęścia, bliskości, a przede wszystkim, żeby odwzajemniała moje uczucie. Rozpierała mną złość, że do tej pory nie wyznałem Dars swoich uczuć. Wiedziałem, że muszę to zrobić jak najszybciej. Usiadłem na ławce i opierając łokcie o uda, przetarłem twarz dłońmi. Ściągnąłem z głowy czarno-szarego snapbacka i przeczesałem włosy dłonią. Westchnąłem i założywszy z powrotem czapkę, spojrzałem przed siebie. Wiedziałem, co mam zrobić.
*perspektywa Darcy*
Od dłuższego czasu siedziałam w salonie i pusto patrzyłam się w telewizor, w którym jak zwykle nie było nic interesującego. Usłyszałam dzwonek sygnalizujący przychodzące połączenie i zerwałam się z kanapy. Przebiegłam schody, omijając co drugi stopień i wszedłszy do mojego pokoju, zaczęłam się rozglądać za telefonem, który nie przestawał dzwonić. Rozglądnęłam się wokół siebie i zauważywszy przedmiot, którego poszukiwałam, wzięłam go do dłoni. Nie patrząc od kogo jest połączenie pośpieszne odebrałam telefon.
-Tak, słucham?- powiedziałam grzecznie.
-Cześć Darcy- zaczął niepewnie Justin, a moje serce na dźwięk jego głosu przyśpieszyło rytm bicia- Wiem, że nie zachowałem się dzisiaj w porządku i bardzo cię za to przepraszam. - chłopak wziął głęboki oddech- Proszę, spotkajmy się. To bardzo ważne. Będę czekał w Central Parku, przyjdź szybko.
Justin nie czekając na moją odpowiedź, zakończył rozmowę. Przestraszyłam się i byłam ciekawa, co takiego chce mi przekazać chłopak. Schowałam telefon do kieszeni dresów i szybko zbiegłam po schodach. Założyłam na nogi adidasy i narzuciłam na siebie sportową kurtkę. Truchcikiem dobiegłam do przystanku, ale na moje nieszczęście autobus odjechał mi tuż przed nosem, więc nie zatrzymując się, biegłam dalej w kieunku Central Parku,który znajdował się kilka przecznic dalej. Na ulicach dzisiaj był wyjątkowy ruch, a na dworzu panowała przyjazna temperatura. Usłyszałam kolejny raz tego dnia dzwonek telefonu i wyciągnąwszy telefon z dresów odebrałam połączenie od Justina.
-Halo? - zapytałam idąc szybkim krokiem przed siebie.
-Darcy, gdzie jesteś?- zadał mi pytanie Justin.
-Zaraz będę. Nie - zaczęłam, gdy zauważyłam, że stoję na środku drogi, a w moją stronę zbliża się rozpędzony samochód. Nijak nie potrafiłam się ruszyć. Czułam jakby moje nogi po prostu wrosły w asfaltową nawierzchnię. Jasne światła znacznie się zbliżyły, a ja poczułam ogromny ból.
Okropny hałas.
Ciemność.
Błoga cisza.
_____________________________________________________________
Witam wszystkich czytający. Dopadła mnie wena i już jakieś dwa dni temu napisałam rozdział. Dzisiaj go poprawiłam i go dodaję. Mam nadzieję, że się spodobał ;) wiem, że jest krótki, nawet bardzo, ale musiałam tutaj zakończyć. Następny będzie znacznie dłuższy ;)
22 Marca, godzina 22.06
Po kilku godzinach oglądania różnych filmów, z małymi przerwami na jedzenie i potrzeby fizjologiczne, zmęczona ziewnęłam. Justin, w którego była wtulona posłał mi radosny uśmiech, który odwzajemniłam. Wyciągnęłam z kieszeni spodni telefon i włączywszy go, sprawdziłam, która jest obecnie godzina. Gdy na ekranie mojego IPhone'a zauważyłam godzinę 22, przerażona późną godziną, nagle zerwałam się na równe nogi. Stojąc przodem do telewizora powoli odwróciłam głowę w stronę Justina.
-Wiesz, która już godzina?- zapytałam z wyczuwalnym przerażeniem w głosie.- Już po 10. Dziękuję za miły wieczór, ale muszę lecieć.
Skończyłam mówić i szybkim ruchem dałam Justinowi buziaka w policzek i wybiegłam z salonu, udając się do przedpokoju, w którym założyłam trampki.
-Pa!-krzyknęłam otwierając drzwi.
-Darcy!-usłyszałam krzyk Justina, ale w tym samym momencie zatrzasnęłam drzwi i nie czekając na chłopaka pobiegłam truchcikiem do domu.
29 Marzec, godzina 10.30
Miniony tydzień minął w zabójczym tempie. Na następny dzień po wagarach moi rodzice dostali telefon, że babcia zmarła, więc wyjechaliśmy na kilka dni do Londynu. Wypłakałam się za wszystkie czasy i teraz jakoś się trzymam. Justin wspierał mnie cały czas i gdy czułam się gorzej dzwoniłam do niego. Jego głos działał na mnie naprawdę uspokajająco. Dzięki niemu przeżyłam pobyt w Wielkiej Brytanii. Teraz wiem, co tak naprawdę do niego czuję. To nie było już zwykłe zauroczenie. To było znacznie mocniejsze uczucie.
Po usłyszeniu dzwonka oznajmiającego koniec lekcji, spakowałam książki do torby i wstałam z krzesełka, następnie je zasuwając. Założyłam torbę na ramię i nie patrząc przed siebie ruszyłam ku wyjściu z klasy. Po przejściu kilku kroków poczułam mocne uderzenie. Powoli podniosłam głowę ku górze i ujrzałam przed sobą wysokiego, przystojnego (oczywiście Justinowi nie dorastał do pięt) chłopaka, prawdopodobnie w moim wieku.
-Ymmm.. przepraszam- odezwałam się nie śmiało spuszczając wzrok z brązowych tęczówek chłopaka.
-Nie to ja przepraszam. Zagapiłem się w kartkę i nie patrzyłem przed siebie. Z resztą nieważne. Tay, Taylor- powiedział chłopak, wyciągając w moją stronę rękę.
-Darcy- odpowiedziałam ściskając dłoń chłopaka.- Chyba jesteś tu nowy, co nie?
-um. Tak. Niedawno się wprowadziłem do Nowego Jorku i - zaczął chłopak, jednak nie dane było mu skończyć, gdyż obok nas pojawiła się Amber.
-Tay! Jak ty możesz rozmawiać z tą sierotą!?- krzyknęła szatynka, a ja posłałam jeden z najbardziej sztucznych uśmiechów świata.
-Chodź z tąd!- ponownie krzyknęła szatynka i pociągnęła Tay'a za rękę. Odchodząc chłopak odwrócił się do mnie i posłał mi przepraszający uśmiech. Gdy zniknęli mi z oczu, otrząsnęłam się i głośno wzdychając poszłam do szafki.
Lekcje minęły bardzo szybko i gdy tylko zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec ostatniej lekcji, szybko wybiegłam z klasy i zahaczając uprzednio o szafkę wyszłam ze szkoły. Była naprawdę miła pogoda jak na koniec marca. Świeciło słońce, nie wiał wiatr. Z uśmiechem usiadłam na pobliskiej ławce przed szkołą w celu zaczekania na Justina, który kończył dzisiaj lekcje o tej samej porze co ja. Odłożyłam torbę obok siebie i oparwszy się o ławkę zamknęłam oczy. Rozmyślałam o wszystkim i o niczym, gdy poczułam jak ktos zajmuje miejsce obok mnie. Ktosiek usiadł tak blisko, że stykaliśmy się ramieniami, więc byłam pewna, że to Justin.
-Stęskniłam się- powiedziałam nie otwierając wciąż oczu.
-Ledwo co się znamy, a ty juz za mną tęsknisz- powiedział ktoś, kto na pewno nie był Justinem.
-Co!?- krzyknęłam zrywając się z ławki. Odwróciłam się w stronę osobnika siedzącego na ławce, po czym ponownie zajęłam miejsce obok nowopoznanego kolegi, Taylora.
-Przepraszam- powiedziałam lekko zmieszana.- Myślałam, że to ktoś inny.
-A co nie cieszysz się na towarzystwo przystojnego, wręcz idealnego młodzieńca Taylora?- zapytał się chłopak, wypinając dumnie pierś i udając powagę.
-Tak i zapomniałeś dodać, że skromnego- powiedziałam posyłając uśmiech w stronę chłopaka, który odwzajemnił. Odwróciłam głowę w stronę wejścia do szkoły. Kilkanaście metrów przed nami stał uważnie przyglądający się mi Justin.
*PERSPEKTYWA JUSTINA*
Może to dziwne, ale gdy zauważyłem ją z tym nowym chłopakiem siedzących tak blisko, poczułem nieprzyjemne ukłucie w sercu. Darcy podniosła głowę i spojrzała na mnie, szeroko się uśmiechając. Nie odwzajemniłem uśmiechu, bo po prostu nie potrafiłem. Czy byłem zazdrosny? Niby nie miałem o co, z resztą nie byliśmy z Darcy parą, ale strasznie mi na niej zależało. Na pewno bardziej niż na przyjaciółce. Trochę przytłoczony spuściłem wzrok i ruszyłem w stronę najbliższego przystanku. Zrobiłem kilka kroków, gdy poczułem czyjś dotyk na ramieniu. Powoli odwróciłem głowę w stronę osoby, która mnie dotknęła.
-O! Justin. Jak my dawno nie rozmawialiśmy.- zaczęła mówić do mnie szatynka, Amber.- Wiesz jak już Ci się znudziła ta blondyna to możemy pogadać, czy coś.
Amber skończyła mówić, a ja nie darząc jej nawet spojrzeniem w oczy, odwróciłem się i szybkim krokiem ruszyłem na przystanek. Ku mojemu szczęściu nie musiałem nawet czekać, bo autobus przyjechał akurat wtedy, gdy doszedłem na przystanek.
Kierowca otworzył drzwi autobusu, a ja patrząc na czubki swoich butów, szybko wyszedłem z pojazdu. Zrobiłem kilka kroków w stronę mojego domu i poczułem, że w kogoś wpadłem.
-Przepraszam- wydukałem cicho, nie podnosząc nawet wzroku na osobę, z którą się zderzyłem. Wyminąwszy ją ruszyłem w kierunku swojego domu. Nie minęło nawet kilkanaście sekund, gdy za sobą usłyszałem krzyk wołający moje imię.
-Justin!- usłyszawszy to odwróciłem i się podniosłem wzrok na twarz dziewczyny, którą była Dars. Dziewczyna ryszyła w moim kierunku, a gdy znalazła się tuż obok mnie, nie odzywając się odwróciłem się w kierunku mojego domu i powoli zacząłem iść.
-Czy coś się stało? - zapytała mnie spokojnie Darcy, idąc tuż obok mnie. Co chwilę jej dłoń ocierała się o moją, co wprawiało moje serce w znacznie szybsze tempo bicia.
-Nie - odpowiedziałem, ale po chwili ugryzłem się w język, gdyż zabrzmiało to zbyt oschle. Byłem zły na siebie, że nie potrafię zrobić kolejnego kroku w stosunku do Darcy, a zarazem byłem zazdrosny o gościa, z którym siedziała przed szkołą. Doszliśmy w ciszy pod dom blondynki, który znajdował się po drodze do mojego.
-Cześć- rzuciłem krótko i zrobiłem dosłownie dwa kroki, bo zatrzymał mnie szept Darcy, dochodzący zza moich pleców.
-Jesteś zazdrosny. - usłyszawszy to odwróciłem się twarzą do dziewczyny, która z niedowierzaniem kręciła głową.
-Wcale nie- odpowiedziałem po dłuższej chwili.
-Dlaczego? Nawet nie jesteśmy razem. - rzekła dziewczyna, patrząc prosto w moje oczy. Ich niezwykły niebieski kolor mnie hipnotyzował i sprawiał, że zapominałem, gdzie się znajduję. To spowodowało, że nawet nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Spuściłem wzrok na czubki swoich butów, myśląc nad tym, co powinienem odpowiedzieć.
-Nie odpowiesz mi?- ponownie spytała mnie Darcy.
-Może to błąd, że nie jesteśmy razem? Tak w ogóle, czy nasz pocałunek cokolwiek dla ciebie znaczył?- zapytałem i nie czekając na odpowiedź dziewczyny, odwróciłem się na pięcie i szybkim krokiem poszedłem do domu.
Wiem, że krótki, przepraszam. Chciałam cokolwiek dodać, żebyście nie musięli dłużej czekać. Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów i da się to jakoś przeczytać ;)
Odnośnie do kolejnych rozdziałów. Następny rozdział postaram się dodać jak najszybciej, żebyście nie musieli długo czekać. Kolejny może wyjść również krótki, bo mam zaplanowaną akcję i wiem w jakim momencie będę musiała skończyć. No to tyle. Mam nadzieję, że się spodoba.
22 Marzec, godzina 14.35 Usiadłam po turecku na skórzanej kanapie w salonie Justina i oparłam się bokiem o oparcie. W mojej głowie rodziło się tysiące myśli związanych z dotychczasowym życiem, ale jak i z tym przeszłym. Przed moimi oczami pojawiały się różne obrazy przypominające mi dawne życie, życie w Londynie. Tęskniłam za tym miastem, ale każda myśl o nim przypominała mi o problemach i niemiłych wydarzeniach związanych z tym miastem. Zamknęłam oczy, żeby choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. Nie było to w cale takie proste, jakby się zdawało. Odetchnęłam głęboko i spojrzałam przed siebie. Widziałam kuchnię, w której krzątał się Justin, przygotowując gorącą herbatę. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek, aż on obrócił głowę w moją stronę i się uśmiechnął. Zawstydzona spuściłam głowę i oblałam się rumieńcem.
-Ile słodzisz? - zapytał się mnie chłopak, krzycząc z kuchni.
-Dwie łyżeczki-odpowiedziałam, bawiąc się swoimi palcami, które w tamtej chwili wydały się bardzo interesujące. Czułam wibrujący telefon w kieszeni spodni, ale nie zwracałam na niego uwagi. Nie miałam nawet najmniejszej ochoty rozmawiać z rodzicami. Wyciągnęłam telefon z kieszenie i po prostu go wyłączyłam. Schowałam go z powrotem do spodni i spojrzałam w stronę Justina. Chłopak właśnie szedł w moją stronę, niosąc dwa kubki.
-Proszę- powiedział do mnie, wyciągając jedn kubek w moją stronę. Chwyciłam go w obie ręce i wpatrywałam się w kubek, przyglądając się parującej cieczy. Justin usiadł po turecku naprzeciwko mnie, tak, że mogliśmy swobodnie widzieć swoje twarze.
-Ssyyy...aaa..aaa- usłyszałam dziwne odgłosy wydawane przez chłopaka. Spojrzałam w jego stronę. Machał ręką przed językiem, który wystawił z buzi. Niekontrolowanie wybuchnęłam śmiechem, widząc Justina ze śmieszną miną.
-No co? Poparzyłem się- powiedział chłopak sepleniąc, ale mimo to się uśmiechał. Pokiwałam twierdząco głową, dając znak, że zrozumiałam jego słowa, po czym ponownie spuściłam głowę, a uśmiech znikł z mojej twarzy. Wiadomość, o której nie dawno się dowiedziałam, znów dała mi o sobie znać. Z trudem powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy. Poczułam wielką ochotę opowiedzenia i wygadania się Justinowi. Połknęłam łyk gorącej herbaty i odłożyłam kubek na stolik stojący obok kanapy. Zaczęłam bawić się swoimi palcami. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na twarz Justina.
-Pewnie dziwi Cię, moje zachowanie, ale babcia była, znaczy jest dla mnie naprawdę ważna. Czasami czuję, że jest mi nawet bliższa niż rodzice- zaczęłam mówić. Spuściłam głowę, ponieważ do moich oczu zaczęły napływać łzy, a widok stawał się coraz bardziej zamazany. - Gdy miałam około 5 lat, widywałam się z babcią co weekend. Razem piekłyśmy, chociaż może powinnam powiedzieć, babcia piekła, a ja jej przeszkadzałam. Śpiewałyśmy piosenki, a ja mając wolne ręce zawsze wystukiwałam rytm piosenek, których nawet nie znałam. Babcia to zauważyła, więc na moje szóste urodziny kupiła mi gitarę. Uczyła mnie na niej grać, pokazywała mi chwyty, a gdy już je mniej więcej ogarnęłam zaczęłam mnie uczyć piosenek. Pamiętam jak wieczorami siadałyśmy na huśtawce przed jej domem na obrzeżach Londynu. Grałam na gitarze, a babcia śpiewała. To dzięki niej pokochałam muzykę- powiedziałam i poczułam jak jedna łza spadła mi na kolano. Dłońmi wytarłam mokre policzki. - Później rodzice zaczęli pracować znacznie więcej, a że nie chcieli, żebym w wieku 9 lat zostawała sama na noc w domu, poprosili babcię, żeby się do nas wprowadziła. Zgodziła się bez wahania, bo mieszkała sama. Dziadek, jej mąż zmarł kilka lat wcześniej na zawał. Babcia odprowadzała mnie do szkoły, odrabiała ze mną zadania, a najważniejsze stała się moją przyjaciółką. Miałam również inną przyjaciółkę, Anne. Robiłyśmy razem wszystko, siedziałyśmy w jednej ławce, wygłupiałyśmy się. Niestety po 6 latach znajomości, oddaliłyśmy się od siebie, aż w końcu Anne zaczęła mnie unikać. Nie było miło.Zaczęłam chodzić na imprezy, żeby zapomnieć. Może i nie piłam alkoholu, ale głośna muzyka zagłuszała moje myśli. Na jednej z imprez poznałam Samanthę i Andy'iego. Od samego początku wiedzieli kim jestem. Wtedy nie wydawało mi się to dziwne. Byli starsi ode mnie o kilka lat, ale mimo to znaleźliśmy wspólny język. Zaprzyjaźniłam się z nimi, ale pomiędzy mną, a Andy'm, tak mi się wydawało, było znacznie większe uczucie. Teraz nie wiem, czy mogłabym powiedzieć, że się w nim zakochałam, po prostu zależało mi na nim i zostaliśmy parą. Po jakimś miesiącu znajomości Andy zaproponował, żebyśmy poszli do studia. Krótka rozmowa z tatą i wszystko było załatwione. Andy nagrał sobie demo, a potem zniknął wraz z Samanthą. Kilka dni próbowałam się do nich dodzwonić, ale nikt nie odbierał moich telefonów, więc postanowiłam, że ich odwiedzę.- przerwałam na chwilę, żeby wziąć głęboki oddech. Powycierałam dłońmi mokre od łez policzki i naciągnęłam na dłonie rękawy bluzy Justina, którą miałam na sobie. Gdy już się trochę uspokoiłam, kontynuowałam- Byłam niedaleko domu Samanthy, gdy zauważyłam ją i Andiego. Razem. Trzymali się za ręce, później nawet się pocałowali. W pewnym momencie zauważyli mnie i po prostu zaczęli się śmiać. Poczułam się jakbym dostała liścia w twarz. Czułam się zdradzona, oszukana, a najgorsze było to, że wmówiłam sobie, że to moja wina, że nie byłam wystarczająco ładna dla Andy'iego. Przestałam normalnie jeść, chowałam jedzenie w pokoju i gdzie tylko się dało. Wymiotowałam, gdy byłam sama w domu. Niszczyłam swój organizm, aż trafiłam do szpitala, gdy zemdlałam w szkole. Dzięki babci udało mi się pokonać anoreksję. Była przy mnie, namawiała mnie, żebym zjadła cokolwiek. Gdyby nie ona...ja...ja nie wiem.....czy bym tutaj jeszcze była- powiedziałam i schowałam twarz w dłonie. Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Zawdzięczałam babci naprawdę wiele, a teraz miałam się z nią pożegnać na zawsze. Poczułam, że Justin wstał z kanapy, ale nie podniosłam głowy.
-Darcy-usłyszałam szept chłopaka tuż obok mnie. Podniosłam lekko głowę i zobaczyłam kucającego obok mnie chłopak. Usiadłam normalnie i odwróciłam się w jego stronę, a on zbliżył się do mnie i po prostu otoczył mnie swoimi ramionami. Wybuchnęłam jeszcze głośniejszym szlochem, a Justin głaskał mnie po plecach. Było mi tak dobrze. Wdychałam zapach perfum Justina powoli uspokajając swój oddech. Gdy już się uspokoiłam lekko odsunęłam się od Justina i posłałam w jego stronę lekki uśmiech. Chłopak zbliżył swoją dłoń do mojej twarzy i kciukiem odgarnął z moich policzków mokre od łez włosy. Lekko wyprostował nogi, zbliżając tym swoją twarz do mojej. Złożył delikatny pocałunek na moim czole i powoli się odsunął. Justin posłał mi słodki uśmiech i wstał.
-Zaraz wrócę- powiedział po czym ruszył na wyższe piętro do swojego pokoju. Nie minęły dwie minuty, a usłyszałam stukot stóp Justina o schody.
-O kurde!- usłyszałam krzyk Justina, więc szybko spojrzałam w stronę schodów. Justin nadepnął jedną nogą na końcówkę puchatego koca, który niósł w rękach i wywrócił się, uderzając tyłkiem o schody. Z trudem powstrzymywałam śmiech, więc spuściłam wzrok na swoje dłonie.
-Nie ładnie się tak śmiać z czyjegoś upadku-powiedział do mnie chłopak z rozbawieniem w głosie i zajął miejsce obok mnie. Nakrył nas kocem i włączył pilotem telewizor.
-Co powiesz na maraton filmowy?- zapytał się Justin.
-Z chęcią- odpowiedziałam szczerze się uśmiechając.
22 Marzec, godzina 10.17
-Już jesteśmy- szepnął mi do ucha Justin i powoli zabrał swoją rękę z moich oczu. Ze zdumienia otworzyłam buzię i z ciekawością wpatrywałam się w widok przede mną. Staliśmy na szczycie góry, na zielonej polanie, a przed nami rozciągał się piękny widok. Błękitne niebo, pola, a w oddali widać było różne małe miasteczka, które za pewne mijaliśmy.
-Widzę, że Ci się tu podoba - powiedział Justin, po czym się zaśmiał i dłonią popchnął moją żuchwę, żebym zamknęła usta.
-Tak i to bardzo- odpowiedziałam i spojrzałam na twarz Justina. Uśmiechnęliśmy się do siebie, po czym przeniosłam wzrok na widok przede mną. Chłopak poszedł kawałek dalej i usiadł na ziemi, obejmując kolana. Rozejrzałam się wokół siebie, zachwycając się miejscem. Dla osoby mieszkającej całe życie w wielkich miastach taki widok to naprawdę coś niesamowitego.Dzięki temu, zupełnie zapomniałam, że zerwałam się ze szkoły i że mogę mieć problemy. Cieszyłam się chwilą, chwilą wytchnienia od codzienności, problemów. Podeszłam do Justina i usiadłam obok niego. Patrzył się w jakiś daleki punkt i nawet mnie nie zauważył.
-O czym myślisz?-spytałam, wytrącając chłopaka z zamyślenia, a ten spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-O wszystkim, o życiu.-odpowiedział, podnosząc wzrok przed siebie.- Tak się zastanawiam, jak będzie wyglądać moje życie za kilka lat. Chciałbym robić rzeczy, które raczej są niemożliwe.
-Dlaczego? Impossible is nothing- powiedziałam- Musisz po prostu dawać z siebie wszystko, a wtedy osiągniesz swój cel.
-Tylko, że mój cel jest nieosiągalny.-powiedział chłopak i spuścił głowę- ...nierealny.
-Zdradź mi swój cel, a pomogę Ci go osiągnąć- rzekłam do Justina, a ten podniósł głowę i spojrzał mi w oczy.
-Jak? Moją pasją jest muzyka, a w tej branży ciężko się wybić.-powiedział - Chciałbym tworzyć muzykę, dzielić się nią z innymi. Kocham śpiewać, zamykać się we własnym świecie.
-I wyrażać przez to siebie, swoje emocje - powiedziałam i popatrzyłam się przed siebie. Po krótkiej chwili znów spojrzałam na twarz Justina. Lekko się uśmiechał i śpiewał pod nosem jakąś piosenkę. Widziałam po nim, że muzyka znaczy dla niego naprawdę wiele. Chciałam mu pomóc spełniać marzenia i na szczęście wiedziałam jak mu mogę pomóc.
-Justin zaśpiewaj coś- powiedziałam uśmiechając się. Spojrzałam na twarz chłopaka, który lekko się uśmiechnął. Objął mnie ręką i pogładził nią po plecach.
Oh, no,
oh, no, oh
They say that hate has been sent
So let loose the talk of love (of love, of love)
Before they outlaw the kiss
Baby, give me one last hug
There's a dream that I've been chasing
Want so badly for it to be reality.
And when you hold my hand
And I understand that it's meant to be.
'cause baby when you're with me...
It's like an angel came by and took me to heaven (came by and took me to heaven)
'cause when i stare in your eyes it couldn't be better (I don't want you to go, oh no, so)
Let the music blast
We gonna do our dance
Bring the doubters on
They don't matter at all
'cause this life's too long
And this love's too strong
So baby know for sure
That I'll never let you go
Justin skończył śpiewać, a mnie odjęło mowę. Czy on musi być taki idealny? Nie mówiąc o tym, że dokończył moją piosenkę i zapamiętał melodię, to do tego śpiewał to z prawdziwym uczuciem. Słuchanie jego głosu było czystą przyjemnością. Spojrzałam na twarz bruneta i szeroko się do niego uśmiechnęłam. -Wiem jak mogę Ci pomóc- powiedziałam bez namysłu, ale mimo to, nie żałowałam, że to powiedziałam.
-Jak?- zapytał się mnie ciekawy chłopak.
-Nie mówiłam Ci, ale mój tato, Simon Cowell ma wytwórnię płytową. Możesz nagrać póki co demo, ale jeśli spodobasz się mojemu ojcu, może coś więcej.- rzekłam i czekałam na reakcję Justina.
-Dziękuję, że chcesz mi pomóc, ale to byłoby za łatwe.- powiedział chłopak.
-Możesz nagrać demo i wysyłać je na różne konkursy, do wytwórni płytowych.- Odpowiedziałam i spojrzałam na twarz chłopaka, a ten wysłał do mnie uroczy uśmiech.
-Dziękuję- powiedział, po czym nachylił się nade mną i musnął mój policzek.
"Oddech...pamiętaj o oddechu! " - gadałam do siebie w myślach, żeby tylko się nie zarumienić. Uśmiechnęłam się do chłopaka i objęłam go ręką w pasie, wtulając się w niego.
-Dziękuję -szepnęłam do niego patrząc przed siebie.
-Za co?-spytał się mnie chłopak, całując mnie w czubek głowy.
-Że mnie tu zabrałeś, że jesteś tutaj ze mną- powiedziałam, wdychając zapach perfum Justina.- I że dokończyłeś moją piosenkę.
-To była czysta przyjemność.
Zapanowała cisza, ale nie była ona niezręczna. Była przyjemna. Pozwała mi się nacieszyć naszą bliskością i nadawała wspaniały nastrój. Nie za bardzo się ruszając jedną ręką wyciągnęłam IPhone'a i spojrzałam na wyświetlacz. Zdziwiłam się, gdy na wyświetlaczu ujrzałam 7 nieodebranych połączeń od mamy, 9 nieodebranych od taty i 2 wiadomości, które były jednakowej treści.
"Jak będziesz mogła oddzwoń. To naprawdę ważne. Mama"
Przeczytałam wiadomość w myślach, a serce podskoczyło mi do gardła. Miałam złe przeczucia.
-Przepraszam- powiedziałam, po czym powoli wstałam, wyswobodzając się z uścisku Justina.
*****PERSPEKTYWA JUSTINA*****
Darcy powoli wstała i podniosła rękę z telefonem do góry, szukając zasięgu.
-No kurde! Głupi zasięg- mówiła wyciągając się jak najbardziej mogła. Chodziła w różne kierunku, a ja nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Zażenowany swoim zachowaniem spuściłem głowę i przeczesałem ręką włosy.
-O, MAM! - krzyknęła głośno Darcy, aż podskoczyłem ze strachu. Zaśmiałem się i wstałem z trawy. Otrzepałem spodnie i ruszyłem w kierunku blondynki, która trzymała telefon przy uchu.
- Mamo to ja .. Nie mogłam odebrać.....Dlaczego dzwoniłaś? - mówiła Dars- Co?- krzyknęła przestraszona dziewczyna, a telefon wypadł jej z ręki. W jej oczach zaczęły zbierać się łzy, które zaraz spłynęły po jej policzkach. Podszedłem bliżej niej i podniosłem z ziemi telefon. Schowałem go do kieszeni i nie zastanawiając się przytuliłem roztrzęsioną dziewczynę. Nie mogłem patrzeć jak płaczę, więc pokazując jej, że ma u mnie wsparcie, pocałowałem jej czubek głowy. Darcy mocniej się we mnie wtuliła i zaczęła cicho łkać.
-Darcy, co się stało?-powiedziałem nachylony do ucha dziewczyny.
-Proszę, jedźmy z powrotem.-powiedziała cicho, że ledwo co ją zrozumiałem. Złapałem Dars za dłoń i powoli ruszyliśmy ścieżką do samochodu. Na szczęście schodzenie z górki zajęło nam połowę mniej czasu, więc po niecałych 20 minutach staliśmy przy samochodzie. Puściłem rękę Dars i otworzyłem jej drzwi do auta. Dziewczyna wsiadła, po czym zatrzasnąłem drzwi. Martwiłem się o nią. Cały czas płakała i w ogóle się nie odzywała. Bałem się, że stało się coś naprawdę strasznego. Obszedłem samochód i zająłem miejsce kierowcy. Włożyłem kluczyk do stacyjki i spojrzałem na blondynkę. Darcy siedziała skulona i patrzyła się w jakiś punkt za szybą. Westchnąłem zmartwiony i odpaliłem silnik. Wbiłem pierwszy bieg i naciskając powoli gaz, ruszyłem.
-Gdzie mój telefon?- spytała cicho Darcy. Nie odpowiadając i spuszczając wzroku z jezdni, wyciągnąłem prawą ręką telefon z kieszeni spodni i podałem blondynce.
***1,5 h później***
Zatrzymałem samochód tuż pod domem Darcy i zgasiłem silnik. Blondynka odwróciła głowę w moją stronę i spojrzała na mnie załzawionymi oczami. Ciarki przeszły po całym moim ciele. Nie miałem pojęcia co się dzieje i to mnie najbardziej przerażało.
-Proszę, chodź ze mną- zwróciła się do mnie szeptem dziewczyna i dotknęła mojej dłoni, którą trzymałem na skrzyni biegów. Pod wpływem dotyku dziewczyny, po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Pokiwałem twierdząco głową, a Darcy odpięła swój pas i wysiadła z samochodu. Zrobiłem to samo i zamknąwszy samochód podszedłem do niej. Złapałem ją za dłoń , a ta lekko pociągnęła mnie w stronę wejścia do domu. Otworzyła drzwi i weszliśmy do środka. Ściągnęliśmy kurtki i buty, i ruszyliśmy do salonu, w którym zastaliśmy rodziców Dars. Mamę Darcy poznałem już jakiś czas temu, ale jej tatę widziałem pierwszy raz. Uśmiechnąłem się lekko i przywitałem się słowami "Dzień dobry".
-Siadajcie- odezwał się do nas ojciec Dars i wskazał ręką dwa wolne fotele, więc zająłem jeden z nich, a na drugim usiadła Dars.
-Darcy, kochanie.- zaczęła mama Darcy, która również nie wyglądała na szczęśliwą.Wzięła głęboki wdech i kontynuowała- Wiemy, że babcia była, znaczy jest, kimś dla ciebie bardzo bliskim, ale to ona nam nie pozwoliła powiedzieć Ci o chorobie, ........ale babci zostało...... już zaledwie kilka dni życia, więc........musieliśmy Ci powiedzieć. Babcia ma guza mózgu.....nic jej już .....nie pomoże-skończyła mówić matka Darsy i wybuchnęła płaczem. Pan Cowell objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.
-Dars to było dla twojego dobra, po prostu nie chcieliśmy Cię martwić i ...
-Nie chcieliście mnie martwić!?- krzyknęła zapłakana Dars , wstając z fotela, po czym ironicznie się zaśmiała- A nie pomyśleliście, że chciałabym być teraz przy niej?
Blondynka odwróciła się i szybko wybiegła z salonu. Siedziałem sparaliżowany. Usłyszałem trzask drzwi i zerwałem się z miejsca. Równie szybko wybiegłem z salonu. W przedpokoju ubrałem szybko buty i wziąłem z wieszaka kurtkę. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się w poszukiwaniu blondynki. Zauważyłem ją idącą jakieś 200 m od domu, więc szybko zerwałem się z miejsca i zacząłem biec w jej kierunku.
*****PERSPEKTYWA DARCY*****
Szłam przed siebie, co chwilę pociągając nosem. Nie przejmowałam się łzami lecącymi z moich oczu, dałam upust emocjom. Właśnie tracę jedną z najbliższych osób w moim życiu. Tęskniłam za nią cholernie. Chciałabym ją przytulić i powiedzieć jak bardzo ją kocham, ale ona jest tak daleko (mieszka w Londynie). Wytarłam rękawem mokre policzki i zwolniłam trochę tempo marszu. Spuściłam głowę i założyłam ręce na klatkę piersiową.
-Darcy, poczekaj!- usłyszałam za sobą krzyk Justina. Niechętnie odwróciłam się w jego stronę. Wolnym krokiem podszedł do mnie, a ja mocno się w niego wtuliłam.
-Darcy, proszę nie płacz.-powiedział do mnie chłopak, gładząc mnie po plecach.
-Chciałabym, ale to jest dla mnie za trudne.-odpowiedziałam, pociągając nosem.
-Wiesz, że na mnie możesz zawsze liczyć?-spytał się mnie chłopak.
-Tak- szepnęłam i lekko się do niego uśmiechnęłam. Przyjemny zapach perfum Justina poprawił mi trochę humor, ale nie na tyle, żeby o wszystkim zapomnieć. To było raczej w ogóle niemożliwe. Złość na rodziców, a do tego myśl, że za niedługo moja babcia odejdzie i nigdy więcej jej nie zobaczę, powodowały, że byłam w totalnej rozsypce.
Postanowiłam, że będę szczera, więc powiem wam wszystko co myślę. Zastanawiałam się ostatnio i doszłam do wniosku, że pisanie bloga jest naprawdę trudne. Ostatnimi czasu po prostu brakuje mi chęci, weny, a przede wszystkim czasu. Nie wiem ile rozdziałów uda mi się jeszcze napisać. Chciałam, żeby ten był znacznie dłuższy, ale po prostu zabrakło mi motywacji. Przepraszam Was za to.
Przepraszam jeśli wystąpią błedy, a na pewno tak będzie, gdyż nie mam nawet ochoty sprawdzać. Po prostu, gdy czytam i sprawdzam, dochodzę do wniosku, że nie wiem, czy sens jest w ogóle pisać, bo to co piszę nie jest ani dobrze napisane, ani ciekawe.
Następny rozdział nie wcześniej niż w weekend. Dziękuję za wszystko i przepraszam.
To tyle co chciałam powiedzieć, właściwie napisać. Miłej lektury.!
22 Marzec, godzina 7.40 -Co? Wagary!? - krzyknęłam i pokręciłam przecząco głową, stojąc w progu mojego domu.- Nie wiem, czy to dobry pomysł....
-Proszę, pojedziemy za miasto. Pokażę Ci naprawdę fajne miejsce..-nalegał Justin-No chodź- pociągnął mnie za rękę, wyprowadzając mnie z domu.
-No dobra, tylko daj mi zamknąć dom- powiedziałam, a kąciki ust Justina podniosły się do góry, ukazując zęby. Odwróciłam się i włożyłam kluczyk do zamka. Przekręciłam go i wzdychając, odwróciłam się w stronę samochodu Justina. Chłopak stał oparty o samochód i szeroko się uśmiechał. Powoli do niego podeszłam.
-A co jak nas ktoś zobaczy? Nie chcę mieć kłopotów..- powiedziałam lekko wystraszona. To miały być moje pierwsze w agary w życiu.
-Nie będziesz ich miała. Nikt nas nie zobaczy. - odpowiedział mi chłopak i otworzył szeroko przede mną drzwi do samochodu.
-Mam nadzieję-szepnęłam do siebie i zajęłam miejsce obok kierowcy. Justin zamknął drzwi i zaraz znalazł się na siedzeniu obok mnie. Włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił go, uruchamiając silnik. Spojrzał w moją stronę i lekko się uśmiechnął. Ruszył z podjazdu mojego domu, a ja zastanawiałam się, czy dobrze robię. Patrzyłam przez szybę i widziałam grupy młodzieży, dzieci idących do szkół.
-Dlaczego się boisz?-powiedział i lekko się zaśmiał.
-Jakby to powiedzieć... To moje pierwsze wagary..
-Nie tylko twoje.- powiedział Justin skręcając na skrzyżowaniu.- Nie wiem, czy mi uwierzysz, ale też nigdy nie byłem na wagarach.
-Na pewno. A ja jestem król Maciuś I - powiedziałam z sarkazmem, śmiejąc się.
-No wiesz? Mi nie wierzysz?-spytał się Justin, uśmiechając się szeroko i zmieniając bieg.-Wątpisz we mnie?
-Dobra, powiedzmy, że Ci wierzę- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.- Tak w ogóle, gdzie jedziemy?
-Zobaczysz. Mogę Ci tylko zdradzić, że jedziemy do spokojnego miejsca- powiedział chłopak, wyprzedzając samochód jadący przed nami. No nawet tego mi nie zdradzi. Chyba mam prawo wiedzieć, co nie? Inaczej mogę to traktować jako porwanie. Tak, porwanie, a jakoś sama wsiadłam do samochodu.
Oparłam głowę o siedzenie i zamknęłam oczy. W głowie nuciłam sobie ulubione piosenki i nawet nie zauważyłam, że zasypiam. *1,5 godziny poźniej*
-Dars, obudź się.- powiedział do mnie Justin i złapał mnie za kolano. Natychmiastowo moje ciało zalała fala gorąca, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Założę się, że moje policzki wyglądają jak dwa pomidory. Zawstydzona nie otwierając oczu, spuściłam głowę, tak, żeby włosy zasłoniły moją twarz. Otworzyłam oczy i pokręciłam lekko przecząco głową. Jak on na mnie działał. Najmniejszy gest Justina sprawiał, że czułam się jakbym miała dostać zawału, a do tego w moim brzuchu budziły się motylki. Nie mówiąc o przyjemnym cieple i o gęsiej skórce.
-Gdzie jesteśmy?- spytałam patrząc na moje kolana. Wciąż czułam się zawstydzona, bo Justin na pewno zauważył moje rumieńce na policzkach.
-Na miejscu-powiedział Justin i zaparkował samochód na parkingu obok lasu. - Darcy, podnieś głowę.- poprosił, śmiejąc się.
-Nie- powiedziałam i pokręciłam głową.
-No przepraszam, że tak na ciebie działam- rzekł chłopak i wybuchnął śmiechem.
-Ha ha ha. Bardzo śmieszne - odpowiedziałam i walnęłam Justina w ramię. Mimo to, wciąż nie przestał się śmiać. Kręcąc głową ze zrezygnowaniem, wysiadłam z samochodu i rozprostowałam kości. Zatrzasnęłam drzwi i rozglądnęłam się dookoła. Przede mną rozciągał się las, a pomiędzy drzewami zauważyłam ścieżkę. Usłyszałam za sobą trzaśnięcie drzwi, a po chwili obok mnie znalazł się Justin. Lekko mnie popchnął, ale udając obrażoną, założyłam ręce na klatce piersiowej i obróciłam się w kierunku ścieżki, którą wcześniej zauważyłam. Szybkim krokiem ruszałam, nie zważając na Justina i uśmiechnęłam się pod nosem.
-No Dars!- jęknął za mną brunet- No nie obrażaj się już.
Udając, że go nie słyszę, dalej szłam przed siebie.
-No Darsi, przeprasiam.- zaczął mówić dziecięcym głosem, co raczej mu nie wychodziło. Nie wytrzymując dłużej, zaczęłam się głośno śmiać. Nie moja wina, ze gadał jak potrącona żaba. Lekko się skuliłam, bo od śmiechu zaczął boleć mnie brzuch.
-O, czyli jednak się zgrywasz.- usłyszałam tuż za sobą, na co lekko podskoczyłam ze strachu. Poczułam na biodrach ręce Justina i zaczęłam unosić się w powietrzu. Chłopak lekko mnie podrzucił, a następnie przerzucił mnie sobie przez ramię.
-Justin, puść mnie!-krzyczałam zła, ale mimo to się śmiałam. Biłam go pięściami po plecach, ale on nawet nie reagował.
-Nie! Teraz ja się z tobą podroczę- powiedział chłopak i zaczął iść w stronę, w którą prowadziła ów ścieżka.
-Na pewno? Ty ze mną? Jak mnie zaraz nie puścisz, to moje śniadanie wyląduje na twojej kurtce.
-A!- krzyknął Justin, udając obrzydzonego.- Na mnie to nie działa. Przykro mi...albo nie.
-No weź! Twoje ramię wbija mi się w żebra.-powiedziałam, ale chłopak, wciąż nijak nie reagował.-Okej, jak chcesz to się męcz.
Wisiałam głową do dołu od jakiś dwóch minut i myślałam, że zaraz zemdleję. Na moje szczęście ścieżka zaczęła być coraz bardziej stroma i Justin, już lekko wyczerpany, puścił mnie. Stanęłam na nogi, a przed oczami zrobiło mi się czarno. Lekko się zachwiałam. Dobrze, że obok stał Justin. Złapałam się jego ramienia i chwilę poczekałam, aż poczułam się lepiej.
-Dars, co się dzieje?- zapytał się mnie, trochę przerażony chłopak.
-Nic. Już wszystko w porządku- odetchnęłam głęboko i uśmiechnęłam się do Justina.-Chodźmy dalej.
Powoli ruszyliśmy przed siebie. Powietrze w lesie było naprawdę rześkie i orzeźwiające, i naprawdę znacznie różniło się od tego w mieście. Ale mniejsza o to, nie będę się rozpisywała o powietrzu. Szliśmy już jakąś chwilę w ciszy. Justin chyba czuł się winny, że zrobiło mi się słabo, więc podeszłam bliżej niego i po prostu ręką objęłam go w pasie. Spojrzałam na jego twarz. Na chwilę lekko się uśmiechnął, ale zaraz znów spoważniał.
-Ej! Uśmiech proszę.-powiedziałam wesoło, a Justin uśmiechnął się zaledwie na sekundę.-Co się dzieje?
Chłopak spojrzał na chwilę w niebo i westchnął.
-Co by było gdybyś zemdlała? Jesteśmy jakieś półtorej godziny od najbliższego pogotowia.-odpowiedział brunet i wypuścił głośno powietrze. - Chcę dobrze, ale wychodzi jak zwykle na odwrót.
-Ale nie zemdlałam. Więc się nie przejmuj. Jasne? -powiedziałam uśmiechnięta.
-Jak słońce.- rzekł nie zbyt przekonany Justin. Chcąc go jakoś rozchmurzyć, zaczęłam go gilgotać ręką, którą go obejmowałam. Justin lekko podskoczył i zaczął się śmiać jak dziewczynka. Jego głos roznosił się po całym lesie, a ptaki, które przed chwilą siedziały na drzewach w jednym momencie odleciały.
-Proszę, nigdy więcej-mówił, łapiąc oddech, Justin.-Skąd wiedziałaś, że mam łaskotki?
-Z nikąd. Ja wiem wszystko.- powiedziałam i poruszyłam brwiami- No i taki Justinek mi się podoba.- szeroko się uśmiechnęłam i zaczęłam iść do przodu. Ścieżka zaczęła się robić coraz bardziej stroma. Po kilku krokach pod górkę, stanęłam trzymając się za kolana i głośno sapiąc. Podniosłam głowę i spojrzałam w kierunku Justina, który ledwo powstrzymywał przed wybuchnięciem śmiechem. Zmarszczyłam nos, a chłopak niekontrolowanie wybuchnął śmiechem.
-Sapiesz jakbyś miała urodzić- powiedział, a ja popatrzyłam na niego złym wzrokiem.
-Nie ...daję....rady-wysapałam łapiąc oddech.- Nie moja wina, że moja kondycja równa się zeru. No dobra, moja wina.
-Moja babcia ma lepszą kondycję. Chodź, już niedaleko.- powiedział Justin i pociągnął mnie za dłoń, a ja niechętnie ruszyłam za nim. Justin szedł troszeczkę przede mną wciąż nie puszczając mojej dłoni. Chciałabym chodzić z nim tak cały czas. Tworzyć jedność i czuć swoją obecność. Darzyłam go naprawdę dużym uczuciem i strasznie mi na nim zależało. Uwielbiałam jego uśmiech, jego śmiech, jego zapach, jego perfumy, to jak rozczesywał ręką swoje włosy, to jak mnie przytulał. To dziwne, ale pokochałam go całego w tak krótkim czasie, ale póki co nie zamierzam mu o tym mówić. Jest na to za wcześnie, a poza tym nie jesteśmy nawet razem.
-Dars.- powiedział do mnie Justin, machając ręką przed moimi oczami. Ocknęłam się i uśmiechnęłam się szeroko.
-Przepraszam. Zamyśliłam się.
-Już prawie jesteśmy.- powiedział Justin i stanął za mną- Zasłonię Ci oczy, żebyś miała większą niespodziankę.
-Jak chcesz-odpowiedziałam z uśmiechem.
Justin delikatnie zakrył mi oczy swoją prawą dłonią, a lewą położył tuż nad moim biodrem.
-Idź powoli.
_______________________________________
No to mamy 7 rozdział. Przepraszam za wszystkie błędy, ale nie chce mi się sprawdzać tekstu ;)
Mam nadzieję, że się spodoba. Następny postaram się dodać jak najszybciej będę mogła i postaram się, żeby był dłuższy ;)
Przepraszam, że nie dodałam nowego rozdziału, ale nie mam nic napisanego, a źle się czuję i nie mam ani ochoty, ani siły do pisania. Postaram się coś dodać w ciągu weekendu ;) PRZEPRASZAM. Xxx
To na poprawę humoru ;)
Moja prośba. Jeżeli nie chce się Wam pisać komentarzy to chociaż bierzcie udział w ankiecie.
20 Marzec, godzina 17.59
-Aaaaa!-pisnęłam ze strachu. gdy niespodziewanie, zauważyłam w swoim pokoju rozglądającą się Amber. Co ta ździra tutaj robi?
-Masz jeszcze czelność tutaj przychodzić?-powiedziałam kpiąco w stronę Amber.- Najlepiej stąd wyjdź zanim ja ci w tym pomogę.
Amber głośno westchnęła i jak gdyby nigdy nic, usiadła na moim łóżku. Podniosłam ze zdiwienia brwi i szerzej otworzyłam oczy.
-Uważaj, bo ci gałki oczne wypadną. Z resztą, nieważne. Przyszłam tutaj, bo zmusili mnie rodzice. Przypadkowo zauważyli jak umieszczam twoje zdjęcie na internecie, więc kazali mi je usunąć i cię przeprosić inaczej zabraliby mi telefon i wyłączyli internet- powiedziała Amber, a ja miałam ochotę wybuchnąć śmiechem- Ale nie myśl, że żałuję tego co zrobiłam. Więc "przepraszam".- skończyla mówić i spojrzała w moją stronę.
-I co myślisz, że to coś załatwi? To zdjęcie wiele osób zdążyło już ściągnąć.Ale wiesz w jaki sposób możesz mnie przeprosić? Wychodząc stąd i więcej się do mnie nie zbliżając.- powiedziałam i otworzyłam drzwi do mojego pokoju.-Pozwól, że pomogę. Tutaj jest wyjście.
Amber wstała i sztucznie się uśmiechając wyszła z mojego pokoju. Zamknęłam za nią drzwi i zła zjechałam po nich. Siedziałam na podłodze i wpatrywałam się w gwiazdy, będące widoczne w moim oknie. Z moich oczu popłynęły łzy, bo znów uświadomiłam sobie jakie zdjęcie, już każdy w szkole zdążył zobaczyć. Było mi wstyd, smutno... Najchętniej nie wyszłabym więcej z mojego pokoju. Zamknęłabym drzwi na klucz i nikogo nie wpuszczała. Byłabym tylko ja i mój odizolowany świat. Zero bólu, smutku, ale również zero szczęścia, radości... Ten odilozowany świat to jednak zły pomysł. Nie doświadczyłabym wspaniałego uczucia zakochania, miłości, przyjaźni. Wytarłam wilgotne policzki i spróbowałam wziąć głęboki oddech, żeby nie wybuchnąć płaczem. Niestety nie udało się i z moim oczu zaczęły lecieć kolejne łzy. Z trudem łapałam oddech, więc wyobraziłam sobie, że przede mną stoi uśmiechnięty Justin. Powoli się uspokajałam, ale gdy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę go tu nie ma znów wybuchnęłam głośnym szlochem. Zamknęłam oczy i oparłam głowę o drzwi. Usłyszałam ciche pukanie w drzwi, więc powoli wstałam. Policzyłam do dziesięciu, żeby chociaż trochę się uspokoić. Przetarłam rękawem bluzy policzki i złapałam za klamkę. Docisnęłam ją w dół i otworzyłam drzwi.
-Mówiłam, że nie ma..-przerwałam, gdy przede mną ujrzałam uśmiechającego się Justina, ale gdy spojrzał w moje oczy nie nabrał się się na mój sztuczny uśmiech. Chłopak spoważniał i po prostu do mnie podszedł. Otoczył mnie swoimi ramionami i dał to wspaniałe poczucie bezpieczeństwa.Pocierał swoją dłonią moje plecy.Nie wytrzymałam i wybuchnęłam niekontrolowanym płaczem, a brunet mocniej przycisnął mnie do siebie.
-Umm, przepraszam- powiedziałam cicho, odsuwając się od Justina. Wpuściłam go do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi. Przetarłam mokre policzki i odwróciłam się w stronę bruneta.
-Cieszę się, że jesteś, ale miałeś wrócić jutro. Coś się stało?- spytałam siadając na moim łóżku tuż obok Justina.
-Ściemniłem rodzicom, że mam jakiś ważny sprawdzian, więc wróciliśmy dzisiaj- powiedział Justin i zaczął bawić się swoimi palcami- Stęskniłem się za tobą.
-Ja za tobą też-odpowiedziałam i spojrzałam na Justina, który podniósł swoją głowę i spojrzał w moje oczy. Nasze twarze zaczęły się do siebie zbliżać, a moje ciało ogarnęła fala gorąca. Mój oddech znacznie przyśpieszył. Stykaliśmy się czołami. Przeniosłam wzrok z oczu Justina na jego malinowe wargi, a on połączył nasze usta.
Usłyszałam głośne pukanie w drzwi do mojego pokoju. Ocknęłam się i podniosłam głowę z kolan. Rozglądnęłam po miejscu, w którym się znajdowałam. Wciąż siedziałam na podłodze w moim pokoju. Byłam cała ścierpnięta i wszystkie kości mnie bolały.
-Darcy, Darcy! Jesteś tam?- usłyszałam głos mojego taty. Powoli wstałam z niewygodnej podłogi i otworzyłam drzwi.
-Jestem. Coś się stało?-spytałam się, rozciągając i ziewając przy tym
-Mama zrobiła kolację.-odpowiedział mój tato uśmiechając się szeroko- No chodź.
Skończył i wyciągnął mnie za rękę z pokoju. 21 Marzec, godzina 13.57
Wysiadłam właśnie z autobusu i ruszyłam w stronę mojego domu. Byłam ledwo żywa. Od rana katar i kaszel nie dawały mi spokoju. Czułam się fatalnie, a jedyną rzeczą, na którą miałam ochotę było położenie się pod ciepłą kołdrę z kubkiem ananasowej zielonej herbaty. Niestety nie było takiej możliwości, bo znajdowałam się na chodniku przy drodze na osiedlu, na którym mieszkałam. Wykończona również psychicznie nie miałam na nic siły ani ochoty. W szkole wciąż wszyscy się ze mnie śmieją, a osoby, z którymi rozmawiałam czasami na przerwach, przestały odpowiadać mi nawet głupie "cześć". Nie było ogólnie miło. No nic. Muszę podnieść głowę do góry i starać się być silna.
Wpięłam wsuwkę we włosy, gdy nagle poczułam jak czyjaś ręka zasłania mi oczy. Pisnęłam ze strachu, ale gdy do mojego nosa doszedł słodki zapach perfum "napastnika", zaczęłam się śmiać. Odwróciłam się i ujrzałam przed sobą uśmiechającego się Justina. Nagle poczułam swędzenie w nosie i psiknęłam chyba trzy razy.
-Przepraszam, ale teraz chodź tu do mnie- powiedziałam i rozłożyłam ręce w celu pokazania Justinowi, że chcę, żeby mnie przytulił. Ten szybko do mnie podszedł i ścisnął mnie z całej siły. Z trudem łapałam oddech i skończyło się na tym, że zaczęłam kaszleć.
-Uduszę się zaraz- wychlipiałam, a Justin leciutko poluźnił uścisk- No trochę lepiej-skończyłam głęboko oddychając.
-Stęskniłem się za tobą, wiesz?-powiedział Justin i pocałował mnie w czubek głowy. CO ZROBIŁ??? Chyba nigdy nie umyję głowy. Uśmiechnęłam się i powoli odsunęłam się od Justina, chociaż jakbym mogła to nigdy bym tego nie zrobiła.
-Ja tam za tobą w cale-powiedziałam starając się nie uśmiechnąć.
-Jak możesz tak mówić? Foch-brunet udał obrażonego i odwrócił głowę. Podniosłam ramiona i ruszyłam w kierunku domu. Zaśmiałam się i pokręciłam głową. Nie zrobiłam nawet dwóch kroków, a obok mnie pojawił się Justin.
-Ale to ja miałem focha, a nie ty...ale to nie ważne, bo nie potrafię się na ciebie gniewać.
-Ale mnie walnął zaszczyt- powiedziałam i się uśmiechnęłam- A tak już na poważnie, to słyszałam, że rozstałeś się z Amber. I przepraszam, że to powiem, ale nie jest mi przykro. Ona..
-Tak mi też. Dars muszę ci coś powiedzieć...-powiedział do mnie tajemniczo Justin. 21 Marzec, godzina 16.30
Siedzieliśmy z Justinem naprzeciwko siebie na moim łóżko. Gadaliśmy już od jakiś dwóch godzin o wszystkim i o niczym. Po prostu miło spędzaliśmy czas.
-Miałem Ci o czymś powiedzieć tylko proszę nie przerywaj mi- powiedział do mnie Justin i lekko się uśmiechnął.-Był sylwester, więc razem z paczką ludzi, w tym z Amber wybraliśmy się za miasto do domku kumpla. Zabawa świetnie się zaczęła. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy i po prostu się wygłupialiśmy. Nawet nie zauważyłem kiedy ktoś wniósł do domku alkohol. Pełno wódki, szampana. Każda miał się napić najpierw po kieliszku. Wypiłem pierwszy kieliszek, a gorzki smak rozszedł się po mojej jamie ustnej. Wzrokiem obiegłem wszystkich i uśmiechnąłem się na widok skrzywionych min. Ktoś chwycił butelkę wódki i nalał wszystkim po kieliszku. Wziąłem kieliszek do ręki i przyłożyłem do ust. Przechyliłem głowę do tyłu i zawartość kieliszka znalazła się w moich ustach. Szybko przełknąłem napój i lekko się skrzywiłem. Miało się skończyć na jednym kieliszku, a skończyło się na tym, że nie pamiętałem nawet odliczania przed 12. Rano z okropnym bólem głowy obudziłem się przytulając nogę od stołu. Nie wiedziałem jak się tam znalazłem. Z trudem wstałem z podłogi i udałem się do kuchni, żeby czegoś się napić. W kuchni zastałem Amber. Już wtedy nie darzyłem jej jakąkolwiek sympatią Zawsze wywyższała się ponad innych i myślała, że jest lepsza. Spojrzałem na nią, bo poczułem na sobie jej wzrok. Dziwnie się do mnie uśmiechnęła. Wyciągnąłem butelkę wody z lodówki i usiadłem naprzeciwko niej. Cały czas wlepiała we mnie swoje oczy, więc zapytałem się, czy mam coś na twarzy. Ona zaczęła opowiadać mi co zrobiłem ubiegłej nocy. Nie chciałem jej wierzyć, ale gdy zaczęła pokazywać mi moje zdjęcia, w różnych dziwnych pozycjach, sytuacjach, nie wiedziałem co mam myśleć.Miałem mętlik w głowie. Oczywiście kazałem jej usunąć zdjęcia, ale tak jak myślałem, ona zawsze oczekuje czegoś w zamian. I tak było tym razem. Zaczęła mnie szantażować, że będę jej "chłopakiem" albo umieści te zdjęcia na internecie i każdy dowie się co takiego robię po za szkołą. Po długim zastanowieniu się zgodziłem się. Gdy weszliśmy do szkoły pierwszy raz trzymając się za ręce znaleźliśmy się na językach wszystkich. O to jej właśnie chodziło. Każdy mój gest, który wykonywałem w jej stronę był zapoczątkowany szantażem. Zmuszała mnie do wszystkiego, a ja głupi robiłem wszystko co chciała. Później pojawiłaś się ty i sprawa się skomplikowała- skończył wypowiedź Justin i odetchnął. - Mówię Ci to, bo nie chcę, żebyś myślała, że kłócę się ze wszystkimi dziewczynami i traktuję je jak przedmiot.
-Dlatego, gdy byliście sami nie okazywaliście sobie uczuć- Justin pokiwał lekko głową- Czyli nie pierwszy raz zrobiła komuś coś związanego ze zdjęciami.-powiedziałam nie zdjaąc sobie sprawy o czym zaczęłam mówić.
-Co masz na myśli?-spytał mnie chłopak.
-Nie nic.- odpowiedziałam szybko, a gdy zdałam sobie sprawę, że w oczach zbierają mi się łzy, wstałam z łóżka i stanęłam przy oknie. Założyłam ręce na piersiach i zaczęłam nimi pocierać ramiona.
-Dars, co ona ci zrobiła?-zadał mi pytanie Justin troskliwym głosem.
-Mówiłam, że nic.-powiedziałam, a z moich oczu poleciały łzy, które zaraz szybko powycierałam rękawem mojego swetra.
-Przecież widzę...
Głośno westchnęłam i podeszłam do mojego biurka. Z górnej szuflady wyciągnęłam poskładaną kartkę i podeszłam do łóżka, na którym siedział chłopak.
-Zobacz- powiedziałam i podałam Justinowi kartkę. Odeszłam od łóżka i znów stanęłam przy oknie wpatrując się w widoki za oknem. Słyszałam jak Justin powoli odgina poskładaną kartkę. Na chwilę odwróciłam w jego kierunku głowę i spojrzałam na niego. Wpatrywał się w kartkę od Amber i co chwilę otwierał buzię, ale zaraz ją zamykał. Z powrotem się odwróciłam do okna i po prostu dałam upust emocjom. Z moich oczu popłynęły łzy. Patrzyłam się przed siebie i czekałam na jakąkolwiek reakcję Justina. Nie przejmowałam się makijażem, albo tym, że będę miała mokrą koszulkę. Musiałam się wypłakać. Nagle poczułam ręce Justina na moich ramionach. Delikatnie mnie odwrócił i po prostu mnie przytulił. Tego potrzebowałam. Bliskości. Poczucia wsparcia.
-Mogę ją zabić, co nie? -szepnął do mnie Justin.
-Nie- odszepnęłam lekko kiwając głową na boki, wciąż tuląc Justina i wdychając jego zapach.
-Wiesz, że możesz na mnie zawsze liczyć?
-Tak.- odpowiedziałam cicho i podniosłam głowę, w celu spojrzenia w tęczówki Justina. Ich brązowy kolor powodował, że nie potrafiłam się od nich oderwać. Wpatrywaliśmy się w siebie jak zahipnotyzowani. W pewnym momencie Justin zbliżył swoją twarz do mojej, zmniejszając między nami odległość. Przyjemne ciepło przeszło po moim ciele, a stado motyli obudziło się w moim brzuchu. Podniosłam lekko głowę, a nasze usta złączyły się w słodkim, delikatnym pocałunku.
Głośny huk wywołany uderzeniem drzwi o ścianę nagle nas wystraszył. Odskoczyliśmy od siebie i spojrzeliśmy w stronę, z której dobiegł hałas. Na schodkach stała wściekła Amber. Szybkim krokiem zeszła ze schodków i podeszła w moją stronę, stając ze mną twarzą w twarz.
-On jest mój rozumiesz!? Więc co się wpieprzasz? - krzyknęła do mnie zła szatynka, zmniejszając odległość między nami. Wściekły wyraz twarzy, raczej mnie nie straszył tylko powodował chęć wybuchnięcia śmiechem. Z trudem się od tego powstrzymałam, ale przypomniałam sobie powagę sytuacji. Amber jest nieobliczalna i nie wiadomo co wymyśli.
-Justin nie jest niczyją własnością- odpowiedziałam pewnie w stronę Amber, a ta mocnym ruchem pchnęła mnie. Upadłam tyłkiem na zimny chodnik. Przez chwilę Amber i Justin patrzyli na mnie ze zdziwieniem. No tak siły to ja nie mam. Justin nagle się ocknął i wściekły zaczął coś krzyczeć do Amber. Nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, zła, smutna i zawiedziona wstałam z chodnika i ruszyłam na palcach w kierunku swojego domu. Słyszałam jeszcze przez chwilę krzyki Amber i Justina, ale nie przejmowałam się nimi. Znikając za zakrętem, otrzepałam rękami spodnie i zaczęłam iść normalnie. Nagle poczułam spływającą po moim policzku łzę. Przetarłam policzek rękawem i przyśpieszyłam kroku. Wsiadłam do odpowiedniego autobusu i chwile później znajdowałam się na moim osiedlu. Było ciemno, a ulice oświecało światło z latarni i ,będący dzisiaj w pełni ,księżyc. Szłam powolnym krokiem i wtedy zdałam sobie sprawę co prawie się wydarzyło. Czy to znaczyło, że Justin czuje do mnie to samo, co ja czuję do niego? Nie, to niemożliwe. Pewnie dał się ponieść chwili, a jutro będzie mnie przepraszał i prosił, żebym zapomniała. Tylko jest malutki problem, ja nie potrafię tego zapomnieć. Zbyt mocnym uczuciem darzę Justina, żeby zapomnieć o tym, że prawie się pocałowaliśmy. Cała obecna sytuacja jest dla mnie trudna. Nie mogę okazać moich prawdziwych uczuć, a osobie, którą kocham nie mogę nawet powiedzieć "kocham cię". Gdybym to zrobiła, zniszczyłabym tej osobie życie. W końcu Justin ma dziewczynę, a skoro wciąż z nią jest, to ją kocha. Proste i logiczne, by się wydawało, bo skoro ma dziewczynę to czemu chciał mnie pocałować? Pełna pytań, na które nie znałam odpowiedzi weszłam do domu.
W tym samym czasie
***PERSPEKTYWA JUSTINA***
Amber z całej siły pchnęła Darcy, a ta upadła na chodnik. Zdezorientowany spojrzałem na blondynkę i nie wiedziałem co powinienem zrobić. Nie wiedziałem, czy zły rzucić się na Amber, czy podejść do Dars i jej pomóc. Po chwili się ocknąłem i zły podszedłem do Amber.
-Czy ty choć czasami używasz tego co masz w głowie!? Bo co raz częściej sprawiasz wrażenie, że nie.- mówiłem ze złością do Amber- Nie zapominaj, że naz związek to czysta ustawka.
-Nie, to ty nie zapominaj. Nasz związek może i jest udawany, ale tylko ty i ja o tym wiemy, więc mając dziewczynę nie powinieneś całować się z inną, czyż nie !?- krzyczała szatynka.
-Ale ja do ciebie nic nie czuję, zrozum to. I chcę w końcu skończyć to chore przedstawienie. Mam gdzieś, czy rozpowiesz to co się wydarzyło.-powiedziałem i odwróciłem się, żeby podejść do Darcy, jednak nigdzie jej nie zauważyłem. Usłyszałem za sobą jedynie drwiący śmiech Amber.
-Co księżniczka zostawiła swojego księcia?-powiedziała po czym znów się zaśmiała, a ja najchętniej uderzyłbym w ją w twarz.- Nie zostawię tego tak. Nikt ze mną nie zrywa, bo to ja zrywam z innymi. Nie będziesz mój, nie będziesz niczyj.
Szatynka
zmierzyła mnie wzrokiem i wymijając mnie poszła z powrotem do szkoły.
Ze złości kopnąłem w kamień leżący przede mną. Byłem wściekły, a zarazem
wystraszony. Byłem zły, że pozwoliłem odejść Darcy, ale bardziej bałem
się, że Amber wymyśli coś głupiego i zamiast zrobić coś mnie, zrobi
coś Darcy, raniąc przy tym ją i mnie. Nie przejmowałem się, że rozpowie
nawet całej szkole co się takiego wydarzyło. Było mi to zupełnie
obojętne. Bardziej obawiałem sie o Dars. Amber ma wielu różnych
znajomych i niewiadomo jaki plan zemsty wpadnie jej do głowy. Chciałbym
teraz być z Darcy,
przytulić ją i zapewnić jej bezpieczeństwo. Byłbym chociaż pewny, że
nikt nie zrobi jej krzywdy. Kochałem ją i nie mam teraz na myśli
miłości braterskiej. Mam na myśli miłość, którą darzysz tylko jedną osobę w życiu. Pierwszy raz bez zastanawiania się, mogłem powiedzieć kto jest dla mnie najważniejszy.
Nie mając ochoty wracać ani na imprezę,
ani do domu, usiadłem nakrawężniku chowając twarz w dłonie.
19 Marca, godzina 10.10
Usłyszałam gwizdek, ogłaszający, że teraz kolej mojej drużyny wejść na boisko do piłki nożnej. Niechętnie wstałam z ławki i ruszyłam w stronę grupy dziewczyn, które kłóciły się o to kto ma zostać bramkarzem. Trochę wkurzona ustąpiłam i stanęłam na bramce. Założyłam na ręce rękawic i dwa razy klepnęłam dłońmi o siebie. Naszą drużyną przeciwną była drużyna Abbie, przyjaciółki Amber, której kapitanem była kochana Amber. Nauczycielka zagwizdała i mecz się zaczął. Jak to bywa w czasie gry dziewcząt w piłkę nożną, wszystkie rzuciły się na piłkę i zaczęły się lekko mówiąc kopać. Po chwili jednej dziewczynie z drużyny przeciwnej udało się zabrać piłkę i zaczęła biec w moim kierunku. Niestety będąc w polu karnym, dziewczyna z mojego zespołu zrobiła wślizg, uderzając tylko w nogi dziewczyny z piłką, a ta upadła. Nauczycielka zagwizdała faul i tak o to miałam bronić karnego. Wuefistka kazała ustawić się wykonawczyni karnego jedenaście metrów przed bramką, a wtedy przed grupę dziewczyn wystąpiła Amber. Ustawiła się kilka kroków przed piłką i czekała na gwizdek nauczycielki. Wuefistka przyłożyła gwizdek do ust, wzięła głęboki wdech i usłyszałyśmy głośny gwizdek. Amber rozpędziła się i z tak zwanego "kadziana" kopnęła piłkę z całej siły. Zauważywszy, że piłka leci prosto w stronę mojego czoła, nie potrafiłam się ruszyć. Zamurowało mnie. Lecąca z dużą prędkością piłka uderzyła o moje czoło, a ja poleciałam do tyłu.
-Darcy, Darcy!- usłyszałam spokojny głos wuefistki. Powoli otworzyłam oczy i zauważyłam kilkanaście głów nachylających się nade mną, w tym szeroko uśmiechającą się Amber.
-Nic mi nie jest-odpowiedziałam i powoli się podniosłam.
-Pójdź się przebrać i przyjdź do mnie. Dzisiaj już nie będziesz ćwiczyć.--powiedziała do mnie wuefistka i podała mi klucz do szatni dziewcząt.
Przekręciłam kluczyk w drzwiach i weszłam do pomieszczenia. Wzrokiem odnalazłam moją torbę i podeszłam do niej. Wyciągnęłam butelkę wody i upiłam z niej łyk cieczy. Schowałam z powrotem butelkę do torby i ściągnęłam z siebie koszulkę na w-f. Schowałam ją do torby, ale nie mogłam znaleźć czystej koszulki, w której przyszłam do szkoły. W tym momencie drzwi szatni się otworzyły i do pomieszczenia wpadła Amber trzymająca w ręce swój telefon.
-Uśmiech!- krzyknęła i zrobiła mi zdjęcie telefonem. Chwyciłam do rąk pierwszą lepszą rzecz i się nią zakryłam.
-Wyjdź stąd!- krzyknęłam wściekła i wskazałam głową drzwi. Po chwili Amber nie było już w szatni. Podeszłam do drzwi i przekręciłam od środka kluczykiem. Rzuciłam rzecz, którą się zakrywałam i wkładając głęboko rękę do torby, wyczułam moją koszulkę. Założyłam ją na siebie i wściekła usiadłam na podłodze. Złapałam moją butelkę z wodą i rzuciłam nią o ścianę. Złość ogarnęła mnie całą. Wstałam z podłogi przetarłam ręką czoło. Ściągnęłam z siebie sportowe ciuchy i założyłam ubranie. Rozczesałam lekko pokręcone włosy i popsikałam się perfumami. Założyłam na plecy plecak, a torbę przerzuciłam przez ramię. Zgasiłam światło i zabrałam kluczyk, wyciągając go z zamka. Przekręciłam drzwi na klucz i udałam się na salę gimnastyczną, na której znajdowała się moja wuefistka. Stanęłam w drzwiach na salę, a wuefistka zauważywszy mnie podeszła do mnie. Skłamałam, że źle się czuję, a ta pozwoliła pójść mi do domu. Tak właściwie nie skłamałam. Źle się czułam, ale raczej mam na myśli stan psychiczny. Świadomość, że ktoś posiada twoje zdjęcia bez koszulki nie jest miłe, a do tego nie widziałam Justina od zdarzenia, które miało miejsce po imprezie i nie zobaczę go przez najbliższe dwa dni, bo wyjechał z rodzicami do rodziny, do Los Angeles, więc niestety zostałam sama. Głośno westchnęłam i ruszyłam ku wyjściu z budynku. 20 Marzec, godzina 07.40
Wsiadłam do samochodu i zamknęłam drzwi. Odłożyłam plecak na nogi i oparłam się na siedzeniu. Moja mama wsiadła i przekręciła kluczyk w stacyjce, odpalając silnik. Dzisiaj wyjątkowy dzień. Moi rodzice mają wolne, więc mama zadeklarowała, że odwiezie mnie do szkoły. Oparłam głowę o szybę i patrzyłam na ludzi idących ulicami Nowego Jorku, a w mojej głowie znów pojawił się obraz uśmiechniętego Justina. Coś jest ze mną nie tak. Nie potrafię wytrzymać chwili nie myśląc o Justinie. Wyjechał cztery dni temu, a ja się czuję jakbym go nie widziała przez miesiąc. Stęskniłam się za nim. Miałam ochotę znów spojrzeć w jego czekoladowe tęczówki i na chwilę w nich utonąć, poczuć jego dotyk, a szczególnie obecność. Zrezygnowana i smutna z faktu, że dopiero jutro go zobaczę głośno westchnęłam i oparłam głowę na rękach.
-Ktoś się zakochał- powiedziała moja mama kładąc rękę na moim kolanie.
-Wcale, że nie- powiedziałam, a na jej słowa, mimo swojej woli się uśmiechnęłam.
-Udajmy, że ci wierzę- powiedziała i puściła oczko- To wysiadaj, jesteśmy już pod szkołą.
Cicho westchnęłam i złapałam za jedno ramię mój plecak. Pocałowałam mamę w policzek i powoli wysiadłam z samochodu. Odchodząc, jeszcze się odwróciłam. Mama pomachała mi, szeroko się przy tym uśmiechając. Odmachałam i ruchem ręki wskazałam mamie, że ma odjechać. Odwróciłam się i ruszyłam do szkoły. Pchnęłam duże szklane drzwi i znalazłam się w szkole. Przechodząc obok uczniów, czułam, że wszyscy na mnie patrzą. Wszyscy patrzyli w swoje telefony, później na mnie, a następnie wybuchali głośnym śmiechem. Zdezorientowana ich zachowaniem spuściłam głowę i dalej szłam w kierunku mojej szafki. Wyciągnęłam kluczyk i otworzyłam drzwiczki szafki, a pod moje nogi spadła złożona kartka. Podniosłam ją i powoli rozłożyłam. Dokładnie analizowałam każdy szczegół widniejący na kartce. "Może to wystarczy, żeby Justinek stwierdził, że jesteś nic nie warta i z podkulonym ogonem wróci do mnie. Powinnaś mi też podziękować, bo w końcu stałaś się rozpoznawalna w szkole ;) Miłego oglądania zdjęcia na dole, ale również możesz je poogladać tutaj nyhighschool.com/aada=d?113*"- przeczytałam napisany ręcznie tekst nad moim zdjęciem bez koszulki. Z moich oczu popłynęły łzy. Co takiego jej zrobiłam, że robi mi takie świństwo? Miałam dość. Zaczynałam żałować przeprowadzki, przyjścia tutaj do szkoły. Trzasnęłam drzwiczkami szafki i zaczęłam biec w stronę wyjścia, wycierając co jakiś czas mokre od łez policzki. Ocierałam się o rówieśników idących w kierunku klas, w których mięli mieć pierwsze lekcje. Za sobą słyszałam tylko głupie komentarze i śmiechy, za równo jak chłopaków, jak i dziewczyn. Po chwili zauważyłam przed sobą drzwi.Wybiegłam ze szkoły i ruszyłam przed siebie. Szłam w nieznanym mi kierunku i co jakiś czas wycierałam mokre od łez policzki. Przechodzący obok mnie ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę, a czy było coś dziwnego w tym, że zraniona dziewczyna płacze idąc po mieście? Doszłam do Times Square i stanęłam w miejscu, w którym widziałam całą okazałość ulicy. Może nie wyglądało to, aż tak pięknie jak w nocy, ale teraz również zachwycało. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam robić zdjęcia. Na chwilę zapomniałam o całym świecie.
20 Marzec, godzina 17.28
Weszłam zziębnięta i przemoczona do domu. Wyprawa w nieznane części Nowego Jorku nie była najlepszym pomysłem. Na szczęście po kilku przesiadkach z autobusów, metra udało mi się dotrzeć do domu. Jedynym plusem było to, że zaczął padać deszcz, dzięki czemu nikt nie mógł zauważyć moich łez. Ściągnęłam z siebie kurtkę i buty i weszłam do salonu, w którym siedzieli moi rodzice.
-Cześć. Jakby co, nie ma mnie dla nikogo- rzekłam wycierając rękawem mokre policzki. Nie czekając na odpowiedź szybko pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Przytuliłam do siebie moją ulubioną poduszkę i patrzyłam w sufit. Życie jest czasami niesprawiedliwe, co nie? Jednak wierzę w to, że za te wszystkie trudy, sprzeciwności losu i niesprawiedliwości będziemy nagrodzeni. Dlatego wiem, że muszę się podnieść i po prostu zapomnieć, ale łatwo mi mówić, gorzej zrobić. Znowu wybuchnęłam płaczem. Przytknęłam poduszkę do twarzy, próbując stłumić mój szloch. Poczułam nieprzyjemne dreszcze przechodzące przez moje ciało. Wystraszona, że będę chora, wstałam z łóżka, przetarłam twarz koszulką i poszłam do garderoby po piżamę. Usłyszałam dzwonek do drzwi, ale nie ruszyłam się z miejsca, bo w końcu od czego są rodzice.
-Darcy, ktoś do ciebie!- usłyszałam głos krzyczącego z parteru taty.
-Mówiłam, że dla nikogo mnie nie ma!- odkrzyknęłam i weszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i ściągnęłam mokre ciuchy. Ostatni raz sprawdziłam, czy drzwi na pewno są zamknięte i stwierdziłam, że teraz zawsze będę to robić. Weszłam pod prysznic i odkręciłam ciepłą wodę. Przyjemny strumień ciepłej wody otulił moje ciało. Nałożyłam na siebie słodko pachnący truskawkowy żel pod prysznic i poczułam się jak w raju. Słodki zapach rozniósł się w łazience. Na chwilę zapomniałam o otaczającej mnie rzeczywistości.
Wyszłam z kabiny i powycierałam mokre ciało puszystym ręcznikiem. Założyłam piżamę i spojrzałam w lustro. Lekko się uśmiechnęłam i rozczesałam mokre włosy. Odkluczyłam drzwi łazienki i weszłam do mojego pokoju.
-Aaaaa!-pisnęłam, gdy zauważyłam.......
16 Marca, godzina 18.58
Justin złapał delikatnie moją dłoń, a przed nami nagle, jakby spod ziemi, wyrosła Amber. Myślałam, że zaraz ją zabiję.
-Cześć kotku! Chodź tańczyć!- krzyknęła szatynka i chwyciła Justina za rękę. Pociągnęła go w stronę parkietu, nie zważając na jego protesty i na moją obecność. Justin obrócił się do mnie i uśmiechnął się przepraszająco. Odwzajemniłam uśmiech, ale nie był on szczery. Byłam zawiedziona. To mogła być jedyna szansa, żeby być tak blisko Justina, a jak zwykle Amber zniszczyła moją szansę. Często zastanawiałam się dlaczego tak właściwie się kłócimy i sobie dokuczamy. Nie miałam na to żadnego wytłumaczenia. Smutna podeszłam do stolika z poczęstunkami i nalałam sobie trochę soku z dzbanka. Upiłam łyk i poczułam gorzkawy posmak alkoholu. Ciekawe skąd na imprezie szkolnej wziął się alkohol. Nie głowiąc się nad tym odłożyłam szklankę na stolik i usiadłam na najbliższej ławce.Powoli zaczynałam żałować, że przyszłam na imprezę. Widok radosnych rówieśników przyprawiał mnie tylko o zazdrość. W kącie sali zauważyłam tańczących Justina i Amber, a raczej powinnam powiedzieć tańczącą Amber, bo Justin z widoczną niechęcią przestąpywał po prostu z jednej nogi na drugą.Trochę śmiesznie to wyglądało, więc automatycznie się uśmiechnęłam. Siedząc zaledwie 4 minuty strasznie się znudziłam. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i włączyłam jakąś grę. Moje zainteresowanie nią skończyło się jakieś 2 sekundy po włączeniu. Znudzona i zawiedziona przebiegiem imprezy, wstałam z ławki i udałam się do szatni, w której zostawiłam mój płaszcz. Miła pani woźna podała mi moje odzienie, a ja zarzuciłam je na siebie i wyszłam z budynku. Nie miałam zamiaru wracać na razie do za pewne pustego domu. Usiadłam na zimnych schodkach przed wejściem i spojrzałam w gwiazdy. Kiedyś było to moje ulubione zajęcie. Jak miałam 7, może 8 lat moi rodzice nie pracowali tak dużo jak teraz. Każdy wieczór spędzaliśmy patrząc w gwiazdy, rozmawiając o naszych marzeniach, ale również o problemach. Byłam tak bardzo zżyta z rodzicami. A teraz? Widuję ich zaledwie raz na dwa, może trzy dni i to przez pięć minut. Rodzice wracają z pracy późnym wieczorem, jak już najczęściej śpię, więc rano, jak wstaję, oni śpią albo wychodzą wcześnie, o świcie. Czasami wolałabym nie mieć tych wszystkich rzeczy, markowych ciuchów, najnowszych telefonów, wolałabym mieć przy sobie rodziców. Oddałabym wszystko, żebyśmy tak jak kiedyś potrafili rozmawiać godzinami o wszystkim i o niczym, ale doskonale wiedziałam, że to niemożliwe. Ich zawody były bardzo wymagające. Jednak los w końcu się do mnie uśmiechnął i na moją drogę zesłał Justina, wspaniałego przyjaciela, chociaż doskonale wiedziałam, że czuję coś znacznie mocniejszego. W końcu wyrwałam się z zamyśleń i spojrzałam na wyświetlacz telefonu, który wskazywał godzinę 19.33. Postanowiłam, że jeszcze chwilę posiedzę i wrócę do domu. Z nudów zaczęłam nucić moją ulubioną piosenkę. Patrzyłam w gwiazdy i zupełnie zapomniałam gdzie jestem. Zaczęłam śpiewać normalnym głosem myśląc o Justinie.
-There's nothing like us, there's nothing like you and me togheter.- skończyłam śpiewać piosenkę, a za mną usłyszałam klaskanie. Nagle odwróciłam głowę i ujrzałam przed sobą Justina. Stał lekko kiwając się w przód, to w tył i szeroko się uśmiechał. Zmieszana odwróciłam się spuściłam głowę.
-Przepraszam- szepnęłam, a wtedy poczułam jak Justin siada tuż obok mnie.
-Za co mnie przepraszasz? To była czysta przyjemność i z chęcią posłuchałbym jeszcze raz- usłyszałam odpowiedź chłopaka.-No podnieś tą głowę.
Niechętnie wykonałam prośbę i nie patrząc w stronę Justina spojrzałam na niebo.
-To mi się podoba- odparł Justin wkładając dłonie do kieszeni swojej kurtki-Dlaczego mi nie powiedziałaś, że śpiewasz? -Nie lubię się tym chwalić-blado się uśmiechnęłam.
-Zaśpiewaj coś-poprosił mnie Justin patrząc w niebo.
- Thay say that hate has been sent
So let loose the talk of love
Before they outlaw the kiss, baby give me one last hug
There's a dream, that I've been chasing
Want so badly, for it to be reality
And when you hold my hand, then I understand that it's meant to be 'Cause baby when you're with me..-zaśpiewałam trochę niepewnie tekst mojej piosenki i spojrzałam na twarz przyjaciela. Justin szeroko się uśmiechał i patrzył przed siebie. Po chwili wstał i wyciągnął do mnie rękę, którą zaraz chwyciłam. Wstałam, a chłopak pociągnął mnie kawałek dalej od schodów.
-Przepraszam. Zaprosiłem cię do tańca i nawet nie zatańczyliśmy, więc chcę to nadrobić- powiedział Justin stojąc tuż przede mną. Złapał moje dłonie i położył je na swoich ramionach. Lekko się do mnie uśmiechnął i położył swoje dłonie na moich biodrach. Zaczęliśmy się lekko kołysać.
-Take my hand Let's just dance Watch my feet Follow me Don't be scared Girl, I'm here- szeptał mi do ucha, a moje ciało ogarnęło przyjemne ciepło. Wtuliłam się w Justina, a on objął mnie swoimi rękoma. Poczułam się bezpieczna i komuś potrzebna, czułam, że jestem w odpowiednim miejscu. Wciąż lekko się kołysaliśmy, gdy Justin lekko się ode mnie odsunął i spojrzał mi w oczy. Wpatrywaliśmy się w siebie, ale po chwili spuściliśmy nasze spojrzenia na nasze usta. Nasze twarze zaczęły się do siebie powoli zbliżać. Nasze usta dzieliły milimetry...
________________________________________
Więc jest kolejny. Przepraszam, że taki krótki i urywa się w takim momencie, ale chciałam, żeby chociaż troszeczkę to was zaciekawiło i zachęciło do czytania następnych rozdziałów ;)
Jeżeli chodzi o tekst kursywą to są to teksty piosenek Justina "Nothing Like Us" i "Never Let You Go" ;)
Następny rozdział postaram dodać w niedzielę albo w poniedziałek.
Proszę zacznijcie komentować ;) i przepraszam za wszystkie błędy ;p
12 Luty, godzina 14.35
-Proszę Darcy, nie żartuj sobie- powiedział wystraszony Justin.
-Niestety nie żartuję-odparłam, stojąc na lewej nodze, a Jus widząc moją trochę przerażoną twarz zrozumiał, że nie żartuję. Złapał się za głowę i zaczął chodzić w tą i z powrotem.
-To wszystko przeze mnie- udało mi się usłyszeć szept chłopaka.
-Halo, Justin! Ja tutaj stoję i to nie przez ciebie- powiedziałam i lekko się uśmiechnęłam.
-Musimy coś zrobić. Może pojedziemy do szpitala albo zadzwonię po mamę. O, możemy też pojechać autobusem do lekarza, mogę też zanieść cię na rękach nawet pod sam dom...
-Spokojnie, ja nie umieram. To tylko kostka i przestań w końcu chodzić w te i we w te.- rzekłam uspokajająco do Justina, a on nagle się zatrzymał.
-Jak mam być spokojny, jak przeze mnie masz najprawdopodobniej skręconą kostkę?
-Tak po prostu. I powtarzam ci po raz kolejny, to nie przez ciebie.
Justin przytaknął twierdząco i odwrócił się do mnie tyłem wyciągając w moją stronę ręce.
-Wskakuj!- powiedział śmiejąc się Justin.-No na co czekasz?
-Bo wiesz, nie mam jak wskoczyć. Na jednej nodze raczej nie dam rady.- rzekłam, po czym cicho się zaśmiałam. Dziwne, ale przy nim nawet nie czułam, że objętość mojej kostki wzrosła prawdopodobnie dwa razy. Kuśtykając na jednej nodze doszłam do ławki, na której następnie usiadłam.
-Teraz możesz kucnąć, a ja usiądę Ci na barana.-rzekłam uśmiechając się. Justin posłuchał mnie i kucnął przede mną. Usiadłam na jego plecach, a ręce obwinęłam wokół jego szyi. Gdy Justin wstał, położyłam głowę na jego plecach i ścisnęłam jeszcze mocniej jego szyję. Do mojego nosa doszedł słodki zapach perfum Justina, a przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Nie mówię nawet o tempie bicia mojego serca, bo miałam wrażenie jakby chciało zaraz wyskoczyć. Możliwe, że w ciągu zaledwie dwóch dni w kimś się zakochałam? Jeszcze jakiś rok temu, osobę, która by to powiedziała wyśmiałabym w twarz, a teraz? Po prostu bym się do tego przyznała. To co się ze mną działo było dziwne. Ten miły dreszcz przechodzący przez moje ciało gdy przypadkowo Justin dotknął mojej skóry albo gdy zobaczyłam go na przerwie w szkole. To chyba nienormalne. Ale ja chyba jestem normalna, co nie? Just był dla mnie ideałem, póki co na pewno z wyglądu, bo nie udało mi się poznać jego charakteru.
-Dars?- powiedział ledwo mówiąc Justin- Wiem, że ładnie pachnę, ale możesz trochę mniej ściskać moją szyję, chyba, że chcesz, żeby takie ciacho jak ja się udusiło.-Jus zaśmiał się, a ja momentalnie poluźniłam uścisk.
-Chciałbyś być ciachem, co nie? Przykro mi, ale to tylko w snach- powiedziałam udając powagę.
-Coś ty powiedziała? Chcesz iść na nogach?-droczył się ze mną brunet.
Weszliśmy, a właściwie Justin wszedł, do kawiarni koło przystanku i mnie puścił. Usiadłam na najbliższym krześle, a brunet zajął miejsce naprzeciwko mnie. 12 Luty, godzina 15.30
Z pomocą Justina udało mi się wysiąść z autobusu, ale niestety do domu miałam jeszcze jakieś pół kilometra. Chłopak nic nie mówiąc, podniósł mnie tak, że znów siedziałam na jego ramionach. Droczyliśmy się i rozmawialiśmy na różne tematy, gdy obok nas zatrzymał się taki sam samochód, jakim wczoraj kierowała szatynka z mojej klasy. Usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi, a chwilę później przed nami stanęła moja "ukochana" koleżanka.
-Cześć Amber- rzucił do szatynki Justin.
-Cześć!? Co ty tu z NIĄ robisz!?- krzyknęła szatynka wskazując na mnie palcem, a ja wyciągnęłam w jej stronę język.
-Amber to Darcy, Darcy to Amber- powiedział brunet zachowując spokój.
-Ta, niemiło mi poznać- rzekła Amber, po czym sztucznie się uśmiechnęła.- Tak się składa, że już się znamy.
-Amber, przestań!
-Ja? A co ja mam przestać? To chyba ty powinieneś przestać, a nie ja. - mówiła z wyrzutem szatynka w stronę chłopaka- Z resztą, mam już dość. Żegnam!
Amber zła wsiadła do samochodu i z piskiem opon odjechała, a Justin ruszył dalej w kierunku mojego domu. Przez resztę drogi prawie w ogóle się nie odzywał, a gdy go o coś pytałam odpowiadał tak, nie lub nie wiem. W końcu odpuściłam i wracaliśmy w ciszy. Będąc tuż przed moim domem Justin puścił mnie i lekko się uśmiechnął.
-Kiedyś ci to wytłumaczę. Do zobaczenia- powiedział chłopak i odszedł. Weszłam do mojego domu, ściągnęłam zimowe nakrycie i położyłam się na kanapie przed telewizorem w salonie.
16 Marzec, godzina 17.57 Słońce właśnie zaszło, a ja siedziałam na parapecie i wpatrywałam się jak zapada zmrok, a na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Wstałam z parapetu i podeszłam do mojego łóżka. Kucnęłam przed nim i wyciągnęłam z pod niego duży czarny pokrowiec. Rozpięłam zamek, a moim oczom ukazała się moja niewyciągana przez długi okres czasu gitara. Wzięłam ją do rąk i z powrotem usiadłam na parapecie. Lewą ręką złapałam chwyt G, a prawą ręką zaczęłam uderzać w struny. Z gitary zaczęła wydobywać się nieznana mi melodia. Wczułam się w grę i myślałam o moim życiu. Nieco się zmieniło przez ten miesiąc. Moje uczucie do Justina, że je tak nazwę, nieczysto przyjacielskie znacznie wzrosło i czasem ciężko mi było nie patrzeć w Justina jak w obrazek.Z Justinem staliśmy się przyjaciółmi. Z czasem co raz częściej się spotykaliśmy, wygłupialiśmy. Gdy wychodziliśmy na miasto, mieliśmy często szczęście, że spotykaliśmy Amber, a ona się wściekała i później dokuczała mi w szkole. Nie wiem, czy mówiłam, ale okazało się, że jest dziewczyną Justina. Jednak przez moje częste obserwacje chłopaka, zauważyłam, że okazują sobie miłość tylko i wyłącznie gdy znajduje się przy nich ktoś ze szkoły. Natomiast gdy są sami ciągle się kłócą. Dziwne, nie? Niestety Justin póki co nie chciał mi nic powiedzieć i spławiał mnie tekstami typu "kiedyś ci powiem", "później ci to wytłumaczę", więc odpuściłam.Wracając do mnie i do Justina. Pomiędzy nami powstała magiczna więź. Magiczna więź polegająca na zaufaniu, wspieraniu się nawet w błahych sprawach i powierzaniu swoich sekretów. On stał się dla mnie kimś naprawdę ważnym i dziwne, że po miesiącu znajomości mogę powiedzieć z ręką na sercu, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jeżeli chodzi o traktowanie mnie w szkole. Niewiele się zmieniło. Salkin, Martin, Amber i parę innych osób wciąż z niewiadomych powodów mi dokuczają, ale już się przyzwyczaiłam, ale za to poznałam kilka osób, z którymi bez problemu się dogaduję.
Zeszłam z parapetu, odłożyłam gitarę i poszłam do mojej garderoby w celu znalezienia ciuchów pasujących na szkolną imprezę, która ta właściwie już się zaczęła. Stałam jakieś 5 minut na środku pomieszczenia i nie wpadłam na żaden pomysł. Ciuchów mnóstwo, ale jak przyjdzie coś ubrać to pierwsze słowa cisnące mi się na usta brzmią " nie mam co na siebie włożyć", jednak myślę, że nie tylko ja mam takie problemy. Zrezygnowana usiadłam na podłodze przed lustrem i wpatrywałam się w swoje odbicie. Dwie minuty patrzenia w siebie nie pomogły. Rozejrzałam się jeszcze raz i w kącie jednej szafy zauważyłam wiszącą luźną koszulę bez rękawów. Dopasowałam resztę rzeczy i poszłam wziąć szybki prysznic. Mokre włosy wysuszyłam suszarką i wyprostowałam. Zrobiłam lekki makijaż i ubrałam wcześniej wybrane ciuchy. Zamówiłam taksówkę, popsikałam się ulubionymi perfumami, zarzuciłam na siebie płaszcz i wyszłam przed dom.
16 Marzec, godzina 18.44
Weszłam, już trochę spóźniona, na salę gimnastyczną, na której odbywała się impreza. Przy ścianach ustawione były stoliki z napojami i przekąskami, a obok nich stały ławki. Na ścianach porozwieszane były balony. W sali panował półmrok, a jedynym źródłem światła była kula dyskotekowa, kręcąca się nad tańczącą młodzieżą. Na jednej ławce zauważyłam Justina obejmującego Amber. Dziewczyna uśmiechała się i coś mówiła, a brunet nie odzywał się w ogóle i tylko czasami się do niej uśmiechnął. Niestety uśmiech chłopaka nie był szczery, był raczej wymuszany. Nie zastanawiając się, wolnym krokiem ruszyłam w stronę pary siedzącej na ławce.
***PERSPEKTYWA JUSTINA**
Siedziałem na ławce obejmując Amber i co jakiś czas sztucznie się do niej uśmiechałem, żeby nie zauważyła, że myślami jestem w ogóle w innym miejscu. Patrzyłem na szczęśliwe twarze tańczących znajomych, zakochanych par. Chciałbym być tutaj z osobą, na której naprawdę mi zależy i dzięki, której na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Nie wiem czemu, ale gdy tak myślałem w mojej głowie pojawiała się uśmiechnięta twarz Darcy. Ta blondynka stała się kimś naprawdę mi bliskim. Mógłbym spędzać w jej towarzystwie każdą sekundę. Jej pozytywne nastawienie, ciągły uśmiech na twarzy zawsze poprawiał mi humor. Obróciłem lekko głowę, a moim oczom ukazał się najlepszy widok jaki mogłem sobie teraz wyobrazić. Przy drzwiach zauważyłem rozglądającą się Dars. Odwróciłem się do Amber i wymuszając lekki uśmiech, udawałem, że interesuje mnie to, co do mnie mówi.
-To odpowiesz mi? Zadałam Ci to samo pytanie już trzeci raz, więc łaskawie mógłbyś mi odpowiedzieć- powiedziała do mnie z wyrzutem Amber- Przepraszam, mam już ciebie dość i tego całego związku.
-Ja również-pomyślałem.
Amber wstała z ławki, na której siedzieliśmy. Minęła idącą w moim kierunku Darcy i zniknęła gdzieś w tłumie. Blondynka podeszła do mnie, a ja automatycznie na przywitanie pocałowałem ją w policzek. Na twarzy Dars pojawił się lekki rumieniec, a ja ten widok szeroko, pierwszy raz dzisiaj, szczerze się uśmiechnąłem. Ale czekaj, czekaj.... Co ja zrobiłem!? Pocałowałem ją w policzek? Nie wiem czemu, ale gdy to do mnie dotarło moje serce przyśpieszyło tempo bicia i w ogóle tego nie żałowałem, a raczej poczułem się z siebie zadowolony, że chociaż w taki sposób pokazałem jej, że jest dla mnie ważna.
-Pięknie wyglądasz- skomplementowałem wygląd mojej przyjaciółki, mówiąc jej do ucha, gdyż głośna muzyka nie pozwalała nam normalnie rozmawiać.
-Dziękuję, ty również wyglądasz całkiem, całkiem.- odpowiedziała mi Dars.
-Tylko całkiem, całkiem?
-Nie, wyglądasz pięknie Justinku.- rzekła blondynka, po czym się zaśmiała.
-To może zatańczymy? - zapytałem nieśmiało dziewczynę. Uśmiechnąłem się patrząc w jej oczy.
-Z tobą zawsze.- odpowiedziała mi blondynka. Chciałem złapać jej dłoń, gdy...
Dziękuję każdemu, kto choć raz tu zaglądnął. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz więcej wejśc.;)
Przepraszam za wszystkie błędy ortograficzne, interpunkcyjne i stylistyczne. Tych ostatnich może być wiele, bo napisanie tego rozdziału przyszło mi naprawdę ciężko.