sobota, 23 lutego 2013

Rozdział 7.

22 Marzec, godzina 7.40
-Co? Wagary!? - krzyknęłam i pokręciłam przecząco głową, stojąc w progu mojego domu.- Nie wiem, czy to dobry pomysł....
-Proszę, pojedziemy za miasto. Pokażę Ci naprawdę fajne miejsce..-nalegał Justin-No chodź- pociągnął mnie za rękę, wyprowadzając mnie z domu.
-No dobra, tylko daj mi zamknąć dom- powiedziałam, a kąciki ust Justina podniosły się do góry, ukazując zęby. Odwróciłam się i włożyłam kluczyk do zamka. Przekręciłam go i wzdychając, odwróciłam się w stronę samochodu Justina. Chłopak stał oparty o samochód i szeroko się uśmiechał. Powoli do niego podeszłam.
-A co jak nas ktoś zobaczy? Nie chcę mieć kłopotów..- powiedziałam lekko wystraszona. To miały być moje pierwsze w agary w życiu.
-Nie będziesz ich miała. Nikt nas nie zobaczy. - odpowiedział mi chłopak i otworzył szeroko przede mną drzwi do samochodu.
-Mam nadzieję-szepnęłam do siebie i zajęłam miejsce obok kierowcy. Justin zamknął drzwi i zaraz znalazł się na siedzeniu obok mnie. Włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił go, uruchamiając silnik. Spojrzał w moją stronę i lekko się uśmiechnął. Ruszył z podjazdu mojego domu, a ja zastanawiałam się, czy dobrze robię. Patrzyłam przez szybę i widziałam grupy młodzieży, dzieci idących do szkół.
-Dlaczego się boisz?-powiedział i lekko się zaśmiał.
-Jakby to powiedzieć... To moje pierwsze wagary..
-Nie tylko twoje.- powiedział Justin skręcając na skrzyżowaniu.- Nie wiem, czy mi uwierzysz, ale też nigdy nie byłem na wagarach.
-Na pewno. A ja jestem król Maciuś I - powiedziałam z sarkazmem, śmiejąc się.
-No wiesz? Mi nie wierzysz?-spytał się Justin, uśmiechając się szeroko i zmieniając bieg.-Wątpisz we mnie?
-Dobra, powiedzmy, że Ci wierzę- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.- Tak w ogóle, gdzie jedziemy?
-Zobaczysz. Mogę Ci tylko zdradzić, że jedziemy do spokojnego miejsca- powiedział chłopak, wyprzedzając samochód jadący przed nami. No nawet tego mi nie zdradzi. Chyba mam prawo wiedzieć, co nie? Inaczej mogę to traktować jako porwanie. Tak, porwanie, a jakoś sama wsiadłam do samochodu.
Oparłam głowę o siedzenie i zamknęłam oczy. W głowie nuciłam sobie ulubione piosenki i nawet nie zauważyłam, że zasypiam.
*1,5 godziny poźniej*
-Dars, obudź się.- powiedział do mnie Justin i złapał mnie za kolano. Natychmiastowo moje ciało zalała fala gorąca, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Założę się, że moje policzki wyglądają jak dwa pomidory. Zawstydzona nie otwierając oczu, spuściłam głowę, tak, żeby włosy zasłoniły moją twarz. Otworzyłam oczy i pokręciłam lekko przecząco głową. Jak on na mnie działał. Najmniejszy gest Justina sprawiał, że czułam się jakbym miała dostać zawału, a do tego w moim brzuchu budziły się motylki. Nie mówiąc o przyjemnym cieple i o gęsiej skórce.
-Gdzie jesteśmy?- spytałam patrząc na moje kolana. Wciąż czułam się zawstydzona, bo Justin na pewno zauważył moje rumieńce na policzkach.
-Na miejscu-powiedział Justin i zaparkował samochód na parkingu obok lasu. - Darcy, podnieś głowę.- poprosił, śmiejąc się.
-Nie- powiedziałam i pokręciłam głową.
-No przepraszam, że tak na ciebie działam- rzekł chłopak i wybuchnął śmiechem.
-Ha ha ha. Bardzo śmieszne - odpowiedziałam i walnęłam Justina w ramię. Mimo to, wciąż nie przestał się śmiać. Kręcąc głową ze zrezygnowaniem, wysiadłam z samochodu i rozprostowałam kości. Zatrzasnęłam drzwi i rozglądnęłam się dookoła. Przede mną rozciągał się las, a pomiędzy drzewami zauważyłam ścieżkę. Usłyszałam za sobą trzaśnięcie drzwi, a po chwili obok mnie znalazł się Justin. Lekko mnie popchnął, ale udając obrażoną, założyłam ręce na klatce piersiowej i obróciłam się w kierunku ścieżki, którą wcześniej zauważyłam. Szybkim krokiem ruszałam, nie zważając na Justina i uśmiechnęłam się pod nosem.
-No Dars!- jęknął za mną brunet- No nie obrażaj się już.
Udając, że go nie słyszę, dalej szłam przed siebie.
-No Darsi, przeprasiam.- zaczął mówić dziecięcym głosem, co raczej mu nie wychodziło. Nie wytrzymując dłużej, zaczęłam się głośno śmiać. Nie moja wina, ze gadał jak potrącona żaba. Lekko się skuliłam, bo od śmiechu zaczął boleć mnie brzuch.
-O, czyli jednak się zgrywasz.- usłyszałam tuż za sobą, na co lekko podskoczyłam ze strachu. Poczułam na biodrach ręce Justina i zaczęłam unosić się w powietrzu. Chłopak lekko mnie podrzucił, a następnie przerzucił mnie sobie przez ramię.
-Justin, puść mnie!-krzyczałam zła, ale mimo to się śmiałam. Biłam go pięściami po plecach, ale on nawet nie reagował.
-Nie! Teraz ja się z tobą podroczę- powiedział chłopak i zaczął iść w stronę, w którą prowadziła ów ścieżka.
-Na pewno? Ty ze mną? Jak mnie zaraz nie puścisz, to moje śniadanie wyląduje na twojej kurtce.
-A!- krzyknął Justin, udając obrzydzonego.- Na mnie to nie działa. Przykro mi...albo nie.
-No weź! Twoje ramię wbija mi się w żebra.-powiedziałam, ale chłopak, wciąż nijak nie reagował.-Okej, jak chcesz to się męcz.
Wisiałam głową do dołu od jakiś dwóch minut i myślałam, że zaraz zemdleję. Na moje szczęście ścieżka zaczęła być coraz bardziej stroma i Justin, już lekko wyczerpany, puścił mnie. Stanęłam na nogi, a przed oczami zrobiło mi się czarno. Lekko się zachwiałam. Dobrze, że obok stał Justin. Złapałam się jego ramienia i chwilę poczekałam, aż poczułam się lepiej.
-Dars, co się dzieje?- zapytał się mnie, trochę przerażony chłopak.
-Nic. Już wszystko w porządku- odetchnęłam głęboko i uśmiechnęłam się do Justina.-Chodźmy dalej.
Powoli ruszyliśmy przed siebie. Powietrze w lesie było naprawdę rześkie i orzeźwiające, i naprawdę znacznie różniło się od tego w mieście. Ale mniejsza o to, nie będę się rozpisywała o powietrzu. Szliśmy już jakąś chwilę w ciszy. Justin chyba czuł się winny, że zrobiło mi się słabo, więc podeszłam bliżej niego i po prostu ręką objęłam go w pasie. Spojrzałam na jego twarz. Na chwilę lekko się uśmiechnął, ale zaraz znów spoważniał.
-Ej! Uśmiech proszę.-powiedziałam wesoło, a Justin uśmiechnął się zaledwie na sekundę.-Co się dzieje?
Chłopak spojrzał na chwilę w niebo i westchnął.
-Co by było gdybyś zemdlała? Jesteśmy jakieś półtorej godziny od najbliższego pogotowia.-odpowiedział brunet i wypuścił głośno powietrze. - Chcę dobrze, ale wychodzi jak zwykle na odwrót.
-Ale nie zemdlałam. Więc się nie przejmuj. Jasne? -powiedziałam uśmiechnięta.
-Jak słońce.- rzekł nie zbyt przekonany Justin. Chcąc go jakoś rozchmurzyć, zaczęłam go gilgotać ręką, którą go obejmowałam. Justin lekko podskoczył i zaczął się śmiać jak dziewczynka. Jego głos roznosił się po całym lesie, a ptaki, które przed chwilą siedziały na drzewach w jednym momencie odleciały.
-Proszę, nigdy więcej-mówił, łapiąc oddech, Justin.-Skąd wiedziałaś, że mam łaskotki?
-Z nikąd. Ja wiem wszystko.- powiedziałam i poruszyłam brwiami- No i taki Justinek mi się podoba.- szeroko się uśmiechnęłam i zaczęłam iść do przodu. Ścieżka zaczęła się robić coraz bardziej stroma. Po kilku krokach pod górkę, stanęłam trzymając się za kolana i głośno sapiąc. Podniosłam głowę i spojrzałam w kierunku Justina, który ledwo powstrzymywał przed wybuchnięciem śmiechem. Zmarszczyłam nos, a chłopak niekontrolowanie wybuchnął śmiechem.
-Sapiesz jakbyś miała urodzić- powiedział, a ja popatrzyłam na niego złym wzrokiem.
-Nie ...daję....rady-wysapałam łapiąc oddech.- Nie moja wina, że moja kondycja równa się zeru. No dobra, moja wina.
-Moja babcia ma lepszą kondycję. Chodź, już niedaleko.- powiedział Justin i pociągnął mnie za dłoń, a ja niechętnie ruszyłam za nim. Justin szedł troszeczkę przede mną wciąż nie puszczając mojej dłoni. Chciałabym chodzić z nim tak cały czas. Tworzyć jedność i czuć swoją obecność. Darzyłam go naprawdę dużym uczuciem i strasznie mi na nim zależało. Uwielbiałam jego uśmiech, jego śmiech, jego zapach, jego perfumy, to jak rozczesywał ręką swoje włosy, to jak mnie przytulał. To dziwne, ale pokochałam go całego w tak krótkim czasie, ale póki co nie zamierzam mu o tym mówić. Jest na to za wcześnie, a poza tym nie jesteśmy nawet razem.
-Dars.- powiedział do mnie Justin, machając ręką przed moimi oczami. Ocknęłam się i uśmiechnęłam się szeroko.
-Przepraszam. Zamyśliłam się.
-Już prawie jesteśmy.- powiedział Justin i stanął za mną- Zasłonię Ci oczy, żebyś miała większą niespodziankę.
-Jak chcesz-odpowiedziałam z uśmiechem.
Justin delikatnie zakrył mi oczy swoją prawą dłonią, a lewą położył tuż nad moim biodrem.
-Idź powoli.
_______________________________________
No to mamy 7 rozdział. Przepraszam za wszystkie błędy, ale nie chce mi się sprawdzać tekstu ;)
Mam nadzieję, że się spodoba. Następny postaram się dodać jak najszybciej będę mogła i postaram się, żeby był dłuższy ;) 
Do następnego, MACY ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz