Dziewczyna odwróciła się i zmierzyła mnie wzrokiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy rozpoznałam w niej szatynkę, która krzyczała dzisiaj do bruneta, dzięki któremu miałam bliskie spotkanie z chodnikiem.
-Przepraszam, mogłabyś mi pokazać gdzie jest sekretariat ? Powinnam się przedstawić jestem Da..
-Tam- odpowiedziała szybko szatynka nie dając mi dokończyć. Skinięciem głowy wskazała duże białe drzwi , zarzuciła włosy przez ramię i ruszyła przed siebie, wciąż mierząc mnie dziwnym spojrzeniem. Nie zastanawiając się dłużej ruszyłam w stronę wskazanych drzwi. Miła pani w sekretariacie podała mi mały kluczyk i poinformowała mnie gdzie mam szukać mojej szafki. Idąc korytarzem w kierunku mojej szafki czułam na sobie spojrzenia innych, a do moich uszu dobiegały szepty na mój temat. Starałam nie zwracać na nie uwagi, ale było to nieprzyjemne, słuchać niemiłych komentarzy na swój temat. Spuściłam lekko głowę i nie patrząc zbyt często przed siebie, jakimś cudem udało mi się dojść do szafki. Przebrałam zimowe emu na vansy, schowałam kurtkę i poszłam do klasy, w której odbywają się lekcje historii. Będąc kilka metrów przed wejściem do sali, usłyszałam niemiły dźwięk dzwonka informujący o rozpoczęciu się lekcji. Pod klasą stało około 30 uczniów w moim wieku. Nie zapowiadało się miłe przyjęcie mnie z ich strony, bo wszyscy patrzyli na mnie złośliwym wzrokiem albo mierzyli mnie od stóp do głowy. Niepewnie stanęłam na końcu grupy i czekałam na przyjście nauczycielki bądź nauczyciela.
~***~
Po powitaniu z nauczycielem historii, krótkim przedstawieniu się, usiadłam na drewnianym krześle i wyjęłam potrzebne rzeczy. Otworzyłam zeszyt i zaczęłam pisać temat, który właśnie pisał na tablicy nauczyciel.
-Ej, ty, nowa! Coś ty taka grzeczna ?- szeptał jakiś chłopak siedzący za mną.
-Pewnie spodobał się jej nauczyciel. Musi mu się przypodobać- szepnął jakiś inny chłopak, po czym razem z chłopakiem siedzącym za mną wybuchnęli śmiechem. Tak. Nauczyciel, który ma około 50 lat i brodę do klatki piersiowej, na pewno mi się podoba.
-Cisza! Salkin i Martin! Jeszcze raz was upomnę to wpiszę wam uwagi.- pouczył chłopaków za mną nauczyciel, kiwając wskazującym palcem. Teraz to mi się zachciało śmiać. Mina i poza nauczyciela była nie do opisania i wywołała na mojej twarzy szeroki uśmiech.
-Powiedz, gdzie kupujesz takie podróby ciuchów, co? Do tej szkoły ponoć nie przyjmują wieśniaków, więc co ty tu robisz?- spytała znana mi już szatynka, podśmiewując się pod nosem.
-Lepiej kup sobie taczki i zacznij wywozić ze swojego domu gnój, bo śmierdzisz - dopowiedziała jakaś inna dziewczyna, a część klasy siedząca z tyłu wybuchnęła głośnym śmiechem. Zrobiło mi się przykro i sama miałam ochotę coś im odpowiedzieć, ale musiałam się powstrzymać, żeby nie zauważyli, że ich słowa w jakikolwiek sposób mnie dotknęły.
-Ile razy mam wam powtarzać, że ma być spokój!? Chcecie pisać kartkówkę, nie ma sprawy- powiedział już lekko podenerwowany nauczyciel, upominając klasę. Wszyscy nagle ucichli i spuścili głowy, jedynie ja patrzyłam wciąż w stronę nauczyciela.- Darcy Cowell coraz bardziej mi się nie podobasz- zwrócił się do mnie nauczyciel, a klasa znów wybuchnęła śmiechem. Nauczyciel ze zrezygnowaniem pokręcił głową siadając do swojego biurka i zaczął kontynuować swój wykład.
-A jednak. Niezła parka z was będzie - zaczął chłopak, prawdopodobnie Salkin szepcąc tuż za mną- Tylko musisz trochę przytyć. On lubi okrągłe dziewczyny, a nie jakieś kościotrupy.
Niestety tymi słowami trafił w mój słaby punkt. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami wstałam, powodując, że moje krzesło upadło z głośnym hukiem, a twarze wszystkich utkwiły we mnie. Odwróciłam się w stronę kolegi Salkina, który siedział za mną.
-A tobie za to przydałoby się trochę schudnąć, chyba, że zamierzasz jeździć na tej oponie co rośnie ci na brzuchu- powiedziałam tak, że wszyscy łącznie z nauczycielem mnie usłyszeli. Następnie zwróciłam się do szatynki, która wwiercała we mnie swój kpiący wzrok.- Za to na twoim miejscu kupiłabym sobie łopatę, żeby obić sobie trochę tą krzywą mordę, żeby inni nie musieli na nią patrzeć.
-Darcy do dyrektora! Nie masz prawa obrażać innych- zwrócił się do mnie wściekły nauczyciel.
-Z chęcią - odpowiedziałam złośliwie, pakując moje rzeczy do plecaka. Wychodząc z klasy pomachałam koledze Salkinowi i "pokazałam" mu mój pierścionek znajdujący się na środkowym palcu prawej ręki. Zamknęłam drzwi sali i udałam się do sekretariatu, gdzie znajdował się gabinet dyrektora.
Weszłam do miłego jasnego pomieszczenia i po dokładnym rozglądnięciu się po pomieszczeniu podeszłam do sekretarki siedzącej za swoim biurkiem.
-Przepraszam, przyszłam do pana dyrektora...- zaczęłam mówić do sekretarki - i chciałam się zapytać, czy jest u siebie w gabinecie ?
-Tak. Tylko w tej chwili załatwia ważną sprawę, więc usiądź sobie i poczekaj. - powiedziała uprzejmie kobieta wskazując na dwa krzesła stojące pod ścianą. Usiadłam na jednym z nich i wpatrywałam się we wskazówki zegara wiszącego na ścianie naprzeciw mnie. Znudzona oparłam głowę o ścianę i zaczęłam nucić piosenkę, którą ostatnio słuchałam. Byłam wściekła, ale najbardziej denerwował mnie fakt, że dałam się tak łatwo sprowokować. Mogłam po prostu policzyć do dziesięciu i siedzieć cicho, a tak mam lekko mówiąc przerąbane i u rodziców i u dyrektora w pierwszy dzień w nowej szkole. Zamknęłam oczy i śpiewając sobie w myślach piosenkę, zasnęłam.
Powoli otworzyłam oczy, po tym jak poczułam lekkie szturchnięcie w ramię. Wyprostowałam głowę ziewając, po czym spojrzałam w kierunku osoby, która wybudziła mnie ze snu. Gdy ujrzałam obok siebie bruneta, który dzisiaj na mnie wpadł, poczułam jakby moje serce nagle przestało bić, a później znów zaczęło, ale w znacznie szybszym tempie. Od razu spuściłam głowę i podparłam brodę, na ręce, którą opierałam na udzie.
-Widzę, że siedzisz tu od dłuższego czasu. - powiedział chłopak, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na twarz chłopaka lekko się uśmiechając.
-Nawet nie wiem ile, ale wiem, że wystarczająco długo, żeby zasnąć- odpowiedziałam szeroko się uśmiechając, po czym spojrzałam na zegar.
-Justin, Justin Bieber- powiedział chłopak wyciągając w moim kierunku dłoń.
-Darcy, Darcy Cowell- przedstawiłam się naśladując chłopaka ściskając przy tym jego dłoń, po czym lekko się zaśmialiśmy.- Co cię tu sprowadza?
-Po raz setny albo więcej nauczycielka przyłapała mnie na pisaniu smsów na lekcji, zabrała mi telefon i kazała go tutaj odebrać, a ciebie? - mówił Justin, a uśmiech z jego twarzy nie zniknął nawet na moment.
-Hm..Powiedzmy, że nie zostałam miło przyjęta przez klasę, więc paru osobom wykrzyczałam to co myślę, plus wywaliłam krzesło jak wstawałam z ławki- opowiedziałam krótko historię z klasy z lekkim uśmiechem na twarzy. Teraz cała sytuacja nawet mnie bawiła. Zazwyczaj nie przejmowałam się tym co mówią o mnie inni, ale dzisiaj zachowałam się jakoś dziwnie. Plus pierwszy raz od wielu lat komuś się postawiłam i byłam z siebie, mimo wszystko, dumna. - I siedzę tu od pierwszej lekcji, bo dyrektor jest zajęty.
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a czas wciąż leciał. Gdy wybiła godzina 13.20, z gabinetu wyszło kilku ludzi, a na końcu pojawił się dyrektor.
-Zapraszam do gabinetu. Słyszałem, że dzisiaj narozrabialiście- zawołał nas dyrektor podśmiewując się. Otworzył drzwi i wpuścił nas przodem do swoje gabinetu. Zajęliśmy dwa krzesła stojące przed biurkiem. Dyrektor usiadł w swoim fotelu i wyciągnął z szuflady, jak mniemam telefon Justina.
-Rozmawiałem przez telefon z nauczycielami i słyszałem o waszych wybrykach. Na pewno tego nie popieram, ale dzisiaj macie szczęście. Mam dobry humor i spieszę się na radę, więc skończy się na upomnieniu. To wynocha z mojego gabinetu i przygotować się na jutrzejsze lekcje - powiedział radośnie dyrektor pokazując nam, że mamy sobie iść. Gdy Justin odebrał telefon, oboje wstaliśmy i wyszliśmy z sekretariatu. Po krótkim pożegnaniu każdy udał się w swoim kierunku.
12 Luty, godzina 14.10 (wygląd Dars)
Właśnie patrzyłam przez okno na spadające płatki śniegu, gdy zadzwonił dzwonek kończący ostatnią na dzisiaj lekcję. Wstałam z krzesła i spakowałam swoje rzeczy do plecaka. Poszłam do szafki i wyciągnąwszy kurtkę i szalik, ruszyłam do toalety. Będąc w toalecie oczywiście nie skończyło się na samym ubieraniu. Przeglądając się w lustrze zauważyłam, że rozmazał mi się tusz do rzęs pod okiem i próbując go zmyć, rozmazałam go tak, że wyglądałam jakbym miała podbite oko. Musiałam zmyć cały makijaż i nałożyć warstwę podkładu, a rzęsy pomalować tuszem. Wyglądając już normalnie spojrzałam na telefon i sprawdziłam godzinę. Przeraziłam się, gdy na ekranie ujrzałam zegarek wskazujący godzinę dwadzieścia pięć po czternastej. Mój autobus miał odjechać dokładnie za trzy minuty. Szybko się zerwałam i zakładając szalik biegłam w stronę przystanku. Po krótkim biegu sprintem, byłam już przy ostatnim zakręcie. Wybiegając zza rogu poczułam silne uderzenie w prawy bark i wylądowałam krzywo na kostce.
- Au! - krzyknęłam z bólu. Podniosłam głowę i zauważyłam jak mój autobus właśnie odjeżdża. Następnie przeniosłam wzrok na osobę, z którą się zderzyłam i zobaczyłam, że przede mną stoi pocierający się o bark Justin. Gdy nasze spojrzenia się spotkały lekko się do niego uśmiechnęłam nie zważając na ból w kostce.
-Masz twarde ramiona - powiedział Justin, a ja lekko się zaśmiałam.
-Dziękuje bardzo, ale właśnie spóźniłam się na autobus.
-Tak się składa, że ja też, więc możemy razem poczekać. A gdzie mieszkasz?- spytał stojący przede mną chłopak.
-Na Rose Street 58. - odpowiedziałam posyłając w stronę chłopaka uśmiech.
-No to będziemy razem wracać ze szkoły. Mieszkam kilkanaście domów dalej. - odpowiedział, po czym wskazał na kawiarnię obok przystanku- Widzisz tą kawiarnię? Do autobusu mamy jakieś 40 minut, więc możemy tam poczekać.
-Jasne, świetny pomysł. Chodźmy.- odpowiedziałam próbując zrobić krok, gdy nagle poczułam ostry ból w kostce.- Jus, nie dam rady iść....
-Po raz setny albo więcej nauczycielka przyłapała mnie na pisaniu smsów na lekcji, zabrała mi telefon i kazała go tutaj odebrać, a ciebie? - mówił Justin, a uśmiech z jego twarzy nie zniknął nawet na moment.
-Hm..Powiedzmy, że nie zostałam miło przyjęta przez klasę, więc paru osobom wykrzyczałam to co myślę, plus wywaliłam krzesło jak wstawałam z ławki- opowiedziałam krótko historię z klasy z lekkim uśmiechem na twarzy. Teraz cała sytuacja nawet mnie bawiła. Zazwyczaj nie przejmowałam się tym co mówią o mnie inni, ale dzisiaj zachowałam się jakoś dziwnie. Plus pierwszy raz od wielu lat komuś się postawiłam i byłam z siebie, mimo wszystko, dumna. - I siedzę tu od pierwszej lekcji, bo dyrektor jest zajęty.
Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a czas wciąż leciał. Gdy wybiła godzina 13.20, z gabinetu wyszło kilku ludzi, a na końcu pojawił się dyrektor.
-Zapraszam do gabinetu. Słyszałem, że dzisiaj narozrabialiście- zawołał nas dyrektor podśmiewując się. Otworzył drzwi i wpuścił nas przodem do swoje gabinetu. Zajęliśmy dwa krzesła stojące przed biurkiem. Dyrektor usiadł w swoim fotelu i wyciągnął z szuflady, jak mniemam telefon Justina.
-Rozmawiałem przez telefon z nauczycielami i słyszałem o waszych wybrykach. Na pewno tego nie popieram, ale dzisiaj macie szczęście. Mam dobry humor i spieszę się na radę, więc skończy się na upomnieniu. To wynocha z mojego gabinetu i przygotować się na jutrzejsze lekcje - powiedział radośnie dyrektor pokazując nam, że mamy sobie iść. Gdy Justin odebrał telefon, oboje wstaliśmy i wyszliśmy z sekretariatu. Po krótkim pożegnaniu każdy udał się w swoim kierunku.
12 Luty, godzina 14.10 (wygląd Dars)
Właśnie patrzyłam przez okno na spadające płatki śniegu, gdy zadzwonił dzwonek kończący ostatnią na dzisiaj lekcję. Wstałam z krzesła i spakowałam swoje rzeczy do plecaka. Poszłam do szafki i wyciągnąwszy kurtkę i szalik, ruszyłam do toalety. Będąc w toalecie oczywiście nie skończyło się na samym ubieraniu. Przeglądając się w lustrze zauważyłam, że rozmazał mi się tusz do rzęs pod okiem i próbując go zmyć, rozmazałam go tak, że wyglądałam jakbym miała podbite oko. Musiałam zmyć cały makijaż i nałożyć warstwę podkładu, a rzęsy pomalować tuszem. Wyglądając już normalnie spojrzałam na telefon i sprawdziłam godzinę. Przeraziłam się, gdy na ekranie ujrzałam zegarek wskazujący godzinę dwadzieścia pięć po czternastej. Mój autobus miał odjechać dokładnie za trzy minuty. Szybko się zerwałam i zakładając szalik biegłam w stronę przystanku. Po krótkim biegu sprintem, byłam już przy ostatnim zakręcie. Wybiegając zza rogu poczułam silne uderzenie w prawy bark i wylądowałam krzywo na kostce.
- Au! - krzyknęłam z bólu. Podniosłam głowę i zauważyłam jak mój autobus właśnie odjeżdża. Następnie przeniosłam wzrok na osobę, z którą się zderzyłam i zobaczyłam, że przede mną stoi pocierający się o bark Justin. Gdy nasze spojrzenia się spotkały lekko się do niego uśmiechnęłam nie zważając na ból w kostce.
-Dziękuje bardzo, ale właśnie spóźniłam się na autobus.
-Tak się składa, że ja też, więc możemy razem poczekać. A gdzie mieszkasz?- spytał stojący przede mną chłopak.
-Na Rose Street 58. - odpowiedziałam posyłając w stronę chłopaka uśmiech.
-No to będziemy razem wracać ze szkoły. Mieszkam kilkanaście domów dalej. - odpowiedział, po czym wskazał na kawiarnię obok przystanku- Widzisz tą kawiarnię? Do autobusu mamy jakieś 40 minut, więc możemy tam poczekać.
-Jasne, świetny pomysł. Chodźmy.- odpowiedziałam próbując zrobić krok, gdy nagle poczułam ostry ból w kostce.- Jus, nie dam rady iść....
___________________________________________
No to mamy drugi rozdział, już trochę dłuższy. Wiem, że nie za wiele się dzieje, ale to powoli się rozkręca. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. Do następnego, Macy. Xxx
O JEZU O JEZU O JEZU O JEZU O JEZUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!
OdpowiedzUsuńMARTYNKOOOOOO TO JEST TAKIE ASFFJGLHPODHSDGDHDKSLSLSLSLDKJDJDJDJDJIIDISJSLHFLDUI;afy !!
NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU.
HAHAHAH TEN TEKST O OPONIE JEST NIEZŁY ;3